piątek, 2 marca 2018

Bobrza

Od czasu do czasu przytrafiają się nam tutaj eskapady w dalsze zakątki Zagłębia Staropolskiego, tak będzie i tym razem. Dziś Bobrza w gminie Miedziana Góra i jeden ze sztandarowych zabytków dawnego hutnictwa. Miejscowość spokojnie mogłaby stać się ośrodkiem kultu i celem pielgrzymek współczesnych hutników wraz rodzinami, gdyż prawdopodobnie to tutaj zaczęła się historia polskiego wielkopiecownictwa. Wiele wskazuje na to, że właśnie nad Bobrzą Jan Maria Caccio założył w roku 1598 pierwszy na ziemiach polskich wielki piec (typu bergamskiego). Piec oczywiście się nie zachował, zachowały się za to imponujące pozostałości późniejszej inwestycji z czasów Królestwa Kongresowego.
W latach 20. XIX w. zaplanowano wybudowanie w Bobrzy największego w kraju zakładu hutniczego, produkującego ponad 5 tysięcy ton surówki rocznie (a więc tyle, ile wszystkie istniejące wówczas huty Królestwa). Projekt zakładał budowę pięciu wielkich pieców. Olbrzymich jak na swoje czasy – każdy o wysokości 18 metrów. Piece miały stać szeregowo z równoległą do nich halą odlewni. Powyżej, na tarasie przyległego wzgórza (sztucznie wyrównanego) zaplanowano potężny mur oporowy o wysokości 15 metrów i długości 500 m.  Za nim miały znajdować się budynki zakładu: hale fabryczne, składy, węgielnie, piece do prażenia rudy. Pomiędzy tarasem górnym a dolnym z wielkimi piecami planowano wybudować kamienne pochylnie komunikacyjne. Aby zabezpieczyć potrzeby energetyczne zakładu, zaplanowano budowę potężnej tamy na Bobrzy, która miała spiętrzyć wodę rzeki do wysokości 12 m. Strumień wody z powstałego zbiornika miał poruszać olbrzymie koło o średnicy 11 m, przekazujące energię do dmuchaw piecowych i maszynowni.
Inicjatorem inwestycji było Ministerstwo Skarbu kierowane przez Ksawerego Druckiego-Lubeckiego. Plan zakładu wykonał w latach 1826-1827 Fryderyk Lempe, a budowa ruszyła w 1828 r. pod kierunkiem inż. Jana Strachlera. Nie udało się zrealizować ambitnego planu. Już w 1828 r. powódź zerwała tamę, a dwa lata później budowę ostatecznie przerwał wybuch powstania listopadowego. Do tego czasu zrealizowano jedynie część inwestycji. Na budowę m.in. pięciu wielkich pieców i odlewni zabrakło czasu, a wstrzymanych robót nigdy już nie wznowiono. Do dziś zachowały się: mur oporowy, ruiny węgielni i hali fabrycznej, zabudowania osiedla fabrycznego oraz częściowo układ wodny zakładu. Mało, zważywszy na planowany rozmach, ale i tak robi wrażenie.




poniedziałek, 12 lutego 2018

Eksperymenty w Nowej Słupi

Gdy w maju 1960 r. otwarto Muzeum Starożytnego Hutnictwa Świętokrzyskiego w Nowej Słupi, teren wokół niego stał się wkrótce miejscem prowadzenia doświadczalnych badań nad wytopem żelaza. Interdyscyplinarnym zespołem kierował prof. Mieczysław Radwan, który pierwsze eksperymenty zorganizował tu już w 1961 r. W pracach nad odtworzeniem starożytnego procesu dymarskiego brali udział m.in. pracownicy naukowi AGH oraz krakowscy archeolodzy – Kazimierz Bielenin (wkrótce stał się najwybitniejszym badaczem zagadnienia) i Elżbieta Nosek. Coroczne doświadczalne wytopy z czasem przerodziły się w dużą imprezę popularyzującą dziedzictwo starożytnych hutników – Dymarki Świętokrzyskie. Ich pierwsza odsłona miała miejsce w 1967 r.
Poniżej pierwsze eksperymenty w Nowej Słupi (prawdopodobnie rok 1961) na zdjęciach Dobrosława Kostkowskiego (dzięki uprzejmości Wojtka Mazana).

Nowa Słupia; drugi od lewej (w białym uniformie) K. Bielenin.
Nowa Słupia; prof. M. Radwan i E. Nosek.

czwartek, 8 lutego 2018

O (świętym) Jacku i kopalni, której nie było

Dziś temat mało przemysłowy, ale nie do końca, bo o tematy hutniczo – górnicze ociera się w kilku kwestiach. Przynajmniej w trzech. Po pierwsze, poniższa historia w ogóle by nie wypłynęła, gdyby nie zgłębianie historii miejscowego przemysłu, a ściśle rzecz biorąc – górnictwa rud żelaza i tego co po nim zostało. Po drugie, osoba głównego bohatera, Jacka Małachowskiego - postaci nietuzinkowej i mocno zaangażowanej w rozwój przemysłu hutniczego. Wreszcie, miejsce akcji, czyli Bodzechów. Miejscowość, jakby nie było hutnicza. Usprawiedliwienie, wcale nie naciągane, znalazło się, sumienie jest czyste… a więc:
Pozostałości dawnych kopalń rud żelaza na południe od Kamiennej występują w postaci tzw. warpi, czyli mniejszych lub większych okrągławych usypisk, najczęściej z widocznym do dziś zapadliskiem po dawnym szybie kopalnianym. Ich duże skupiska występują w rejonie m.in. Jędrzejowic i Mychowa, a w sąsiedztwie Bodzechowa w Goździelinie i Moczydle. Kopiec, do złudzenia przypominający warpię górniczą, znajduje się i w Bodzechowie. Stoi samotnie pośrodku rozległego pola na południowych obrzeżach miejscowości. Jednak przy bliższych oględzinach okazuje się, że podobieństwo jest pozorne. Usypisko jest za strome jak na hałdę pokopalnianą, brak również typowego zapadliska poszybowego. A przede wszystkim kopiec nie jest zbudowany z charakterystycznych szarych iłów, jak wszystkie miejscowe hałdy górnicze. Skąd więc pokaźny pagór, z całą pewnością dzieło ludzkich rąk, na środku pola?

Typowa dla okolic Ostrowca hałda górnicza z widocznym
zapadliskiem poszybowym. Poniżej bodzechowski kopiec w różnych ujęciach.

 

Trzeba się cofnąć do przełomu XVIII/XIX w. W tym czasie właścicielem dóbr bodzechowskich był Jacek Małachowski, w latach 1786-1793 kanclerz wielki koronny. O jego zaangażowaniu w rozwój hutnictwa krajowego i upowszechnienie wiedzy technicznej pisaliśmy już szerzej (link). Po wycofaniu się z wielkiej polityki angażował siły i środki w swoich dobrach. Ufundował m.in. kościół w Ruszkowie, założył fabrykę fajansu w Ćmielowie oraz kafli piecowych w Denkowie. Miał przy tym Jaśnie Wielmożny fantazję i magnacki rozmach. Jeszcze sto lat temu krążyły po okolicy anegdoty „o tym szczególnie oryginalnym magnacie”. Jego dwór w Bodzechowie, gdzie gościł na balu samego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego był ponoć czerwono malowany, „o licznych i dziwacznie poprzystawianych skrzydłach”. Do kościoła w Ćmielowie zajeżdżał karetą zaprzężoną w szóstkę koni, którą robił rundę wokół rynku. Na jarmarku kazał wytoczyć beczkę okowity i patrzył ze śmiechem jak chłopi się o nią biją. Gdy zmarł, konduktowi żałobnemu towarzyszyła chmara ptactwa, które następnie obsiadło cały dach kościelny. No i jak to zwykle bywa w przypadku oryginałów do dziś nocami przechadza się po dawnym parku dworskim w Bodzechowie ubrany w kontusz i z szablą przy boku…
Niewiele zostało śladów po nim. Jednym z nich jest zachowana w Bodzechowie przy ul. Cegielnianej figura jego imiennika, św. Jacka. Stoi na wysokiej kolumnie, trzymając w rękach monstrancję i figurę Matki Boskiej. Święty od niedawna jest niestety niekompletny, gdyż przed kilku laty w niejasnych okolicznościach stracił głowę… Tymczasem okazuje się, że była jeszcze jedna, bliźniacza figura. W 1907 r. ks. Jan Wiśniewski w swoim „Dekanacie Opatowskim” pisał, że „za Bodzechowem w stronie Grocholic stoi w polu na kopcu figura św. Jacka…”. Identyczna jak ta zachowana, z tą różnicą, że ta z kopca posiadała napis: „HIACINTUS MAŁACHOWSKI HAERES PATRONO SUO DEDICAT 1812 DIE 24 MAII AETATIS 75 ANNO”. I przeznaczenie naszego kopca, branego początkowo za pozostałość po kopalni rudy, staje się jasne. Kiedy i w jakich okolicznościach figura została zniszczona, nie wiadomo. Do dziś na kopcu można znaleźć drobne elementy dawnej kamieniarki. Szkoda. Samotny kopiec jest dziś jednym z niewielu śladów aktywności Małachowskiego.

Figura św. Jacka z ul. Cegielnianej (uszkodzona, stan obecny). 
Powyżej: figura św. Jacka z ul. Cegielnianej przed uszkodzeniem (fot. W. Wiśniewska)
oraz nieistniejąca figura na kopcu wg J. Wiśniewskiego (1907 r.)

czwartek, 30 listopada 2017

Na śmierć wielkiego pieca

Tego jeszcze tu nie było. Poezja hutnicza. Serio. Poniżej wiersz pod wymownym tytułem „Na śmierć wielkiego pieca” pióra Adolfa Mariana Pirka. Autor urodził się w 1933 r. w Ostrowcu, od lat 50. pracował w ostrowieckiej hucie jako spawacz. Jak się okazuje, w chwilach wolnych od spawania parał się również liryką. Wiersz pochodzi z tomiku jego poezji pt. „Czekam na kwiatek z twojej ręki” wydanego w 1984 r. przez ostrowieckie muzeum.
Uwaga, oto on:

NA ŚMIERĆ WIELKIEGO PIECA

Pozwól huto staruszko
pełna czerwonych blasków
by przyszła o zmroku
do mojego okna
z pnącz stalowej machiny
ostatnia łuna wielkiego pieca
niech stanie w oknie
jak księżyc w pełni
w kolorach hutniczych płomieni
iskrami ubrana w koło
szczęśliwa
naga
i dumna
niech opowiada
słowem piekielnym
dzieje wsadów i spustów
a potem
śpiewem staruszki
żałobny orszak otwiera
bo ekonomia na śmierć skazała
gruszkę Besemera

Zamieszczam z kronikarskiego obowiązku jako egzotyczną ciekawostkę, nie podejmując się oceny ewentualnych walorów literackich. Nie znam się, tu trzeba by, nie wiem, Szymborskiej może... Ale też to, że wśród robotników ówczesnej huty im. M. Nowotki trafiały się „dusze liryczne” jak Adolf Marian Pirek, jest chyba zaskakujące i na pewno zasługuje na odnotowanie.
Dodajmy jeszcze dla porządku, że wspomniana w ostatnim wersie „gruszka Besemera” to piec konwertorowy do otrzymywania płynnej stali, w którym poprzez utlenianie usuwano niepożądane domieszki z surówki wielkopiecowej (czyli coś jak świeżenie w dawnych fryszerkach). Opracował go i opatentował w 1856 r. Henry Bessemer, stąd nazwa „proces besemerowski”. Tytułowa „śmierć wielkiego pieca” w Ostrowcu miała miejsce w 1981 r., kiedy to dokonano ostatniego spustu surówki, po czym piec wygaszono i przeznaczono do rozbiórki. A Adolf Marian Pirek napisał o tym wiersz.

Wielki piec Zakładów Ostrowieckich, okres międzywojenny.

wtorek, 21 listopada 2017

Jacek Nałęcz Małachowski

Dzisiaj przybliżymy sylwetkę jegomościa, którego życiorys mógłby posłużyć za scenariusz doskonałego dramatu polityczno-obyczajowego osadzonego w burzliwych realiach schyłku I Rzeczpospolitej. Albo jeszcze lepszego serialu, o ile oczywiście zadania tego podjąłby się dajmy na to Netflix, a nie rodzimi twórcy. Jegomość ten, to Jacek Małachowski herbu Nałęcz.
Przed ponad dwustu laty grał pierwsze skrzypce w wielkiej polityce czasów stanisławowskich. A w skali mikro gospodarował w swoich włościach i wzbudzał lęk w poddanych z wysokości dworu w Bodzechowie. Wybitny mąż stanu, niestrudzony działacz polityczny i gospodarczy, postać niejednoznaczna i trudna do rozszyfrowania. Na stare lata ekscentryk. Kawaler wielu orderów, posiadacz wielu tytułów i najwyższych godności państwowych oraz miast i wsi wraz z ich żywą zawartością. Prawdziwy magnat i panisko przez duże P. Dlaczego nas interesuje jego osoba? Polityka to jedno, ale nie wszyscy wiedzą, że Jacek Małachowski był również wielkim krzewicielem idei rozwoju przemysłu. A przy tym, jak wyżej wspomniano, związany był mocno z podostrowieckim Bodzechowem.

Jacek Nałęcz Małachowski (1737-1821)
Urodził się w 1737 r. Końskich. Karierę polityczną rozpoczął w wieku 19 lat. Wielokrotnie wybierany posłem na sejm z Sandomierskiego i Sieradzkiego. Od 1766 r. był członkiem Komisji Skarbowej Koronnej, od 1778 prezesem Komisji Menniczej, następnie członkiem Rady Nieustającej i Komisji Edukacji Narodowej. Członek konfederacji Sejmu Czteroletniego. W 1780 r. został podkanclerzem koronnym, a ukoronowaniem kariery była godność kanclerza wielkiego koronnego, którą otrzymał w 1786 r. Zawsze wierny Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu. Opowiedział się po jego stronie w czasie konfederacji barskiej. Zwolennik ścisłych związków z Rosją. Jako zagorzały przeciwnik Konstytucji przystąpił to Targowicy i przeciągnął na jej stronę króla. W 1793 r. zrzekł się godności kanclerskiej i wycofał się z życia politycznego. Zdrajca, jak chcą niektórzy, czy pragmatyk i „patriota realny” jak twierdzą inni? W tym miejscu to nieważne.
Dla nas istotne jest to, że od 1782 r. był członkiem (i to najbardziej aktywnym) Komisji Kruszcowej, pierwszej w kraju państwowej służby geologiczno-górniczej, mającej na celu poszukiwanie i uruchomienie wydobycia rud metali i innych surowców. Górnictwo i hutnictwo było jego wielką pasją. To za jego sprawą w 1769 r. wyszło drukiem polskie tłumaczenie książki „Sposób robienia weglów czyli sztuka węglarska” Duhamela du Monceau. W 1782 r. „staraniem i kosztem Jaśnie Wielmożnego Hyacynta Nałęcza Małachowskiego” ukazały się książki „Nauka o gatunkach i szukaniu rudy żelazney” oraz „Opisanie polskich żelaza fabryk” księdza Józefa Osińskiego. Ten ostatni tytuł był najwybitniejszym dziełem epoki traktującym o krajowym górnictwie i hutnictwie.


Małachowscy stawiali na uprzemysłowienie swoich dóbr. Produkcję żelaza na dużą skalę w Końskich i okolicach podjął Jan Małachowski, tworząc prawdziwy „kombinat” górniczo-hutniczy. W ślady ojca poszedł Jacek. W swoim starostwie radoszyckim wybudował w 1781 r. „wielki piec do topienia rudy żelaznej i lania surowizny Antoninów zwany”. Piec był imponujący - wysoki na 10 m, pracował średnio 40 tygodni w roku i mógł wyprodukować ponad 10 ton surówki. Poza tym Małachowski wystawił dwie fryszerki.
W 1777 r. otrzymał po ojcu dobra bodzechowskie. Dwór w Bodzechowie stał się jego główną siedzibą od 1795 r.; mieszkał tam do śmierci. Być może planował uprzemysłowienie również tego majątku, nie wiemy. Stało się to dopiero za czasów jego spadkobiercy, Gustawa Małachowskiego. W 1836 r. za sprawą Ignacego Kotkowskiego w Bodzechowie stanęła huta z wielkim piecem działająca z sukcesami do początków następnego stulecia. Jacek Małachowski zmarł w swoim dworze w Bodzechowie w 1821 r.

Widok na wielki piec Antoninów z pracy J. Osińskiego

czwartek, 9 listopada 2017

Stanisław Podgajny

Pamięci ostrowieckich górników.
Stanisław Podgajny. W młodości pracował w kopalniach rudy żelaza w podostrowieckich Jędrzejowicach (lub Mychowie). Co prawda nie jako górnik dołowy, lecz na powierzchni. Według Jego własnej relacji pracował jako „krzesacz”, a więc czyścił wydobytą rudę z oblepów gliny. Jego dzienny urobek wynosił ok. 300 kg czystej rudy, która mieściła się na dwóch taczkach. Za każdą taczkę oczyszczonej rudy otrzymywał 5 kopiejek. Na wóz ładowano 6 taczek. Poniższe zdjęcie wykonał we wrześniu 1967 r. W. Kotasiak.

Stanisław Podgajny z Jędrzejowic
(fot. z archiwum MHA w Ostrowcu Św.)

piątek, 3 listopada 2017

Mielerze w Krzemionkach

Nie tak dawno branżowe media donosiły o odkryciu z zastosowaniem metody ALS (lotniczego skaningu laserowego) setek zabytkowych mielerzy na pograniczu województw świętokrzyskiego i mazowieckiego: LINK
Metoda sama w sobie jest niezwykle ciekawa i otwiera nowe możliwości dla poszukiwań archeologicznych. Na czym polega? Definicja z powyższego artykułu: „ALS, czyli lotnicze skanowanie laserowe to technika wykorzystująca urządzenia typu LiDAR (ang. Light Detection and Ranging). Polega na emisji w stronę powierzchni ziemi impulsów laserowych z nadajnika umieszczonego w samolocie, które następnie po napotkaniu przeszkód terenowych wracają do odbiornika. W efekcie uzyskuje się zbiór punktów przestrzennych, będących bardzo dokładną rejestracją powierzchni terenu.”
Skanowanie „wyłapuje” więc nawet nieznaczne deniwelacje terenu. Czyli coś, co gołym okiem, dajmy na to w lesie nie jesteśmy w stanie dostrzec. Na przykład pozostałości mielerza, czyli stosu drewna ułożonego w kształcie kopuły i przykrytego ziemią, gliną lub darnią, w którym produkowano węgiel drzewny. Powstawał w wyniku suchej destylacji drewna prowadzonej przy ograniczonym dostępie powietrza. Dlaczego nas to interesuje? Ano, produkowany w mielerzach węgiel drzewny znajdował zastosowanie głównie w hutnictwie żelaza. Przez stulecia był wyłącznym paliwem dla starożytnych dymarek, staropolskich kuźnic oraz pierwszych wielkich pieców, a co za tym idzie fryszerek i pudlingarni. Przy czym jego budowa zasadniczo się nie zmieniała przez stulecia. Musiała być średzina, czyli pionowy słup wokół którego układano pocięte kawałki drewna w formie stosu o średnicy kilku metrów. To przykrywano szczelną warstwą izolacyjną z ziemi czy gliny, tzw. oponą. Przez specjalny otwór zapalano stos, który tlił się przez kilka dni. Następnie zatykano przygotowane wcześniej otwory wentylacyjne i czekano aż ogień wygaśnie i zwęgli resztki drewna.

Budowa mielerzy wg Duhamela du Monceau (1769)
M. Radwan oblicza, że XVI-wieczna kuźnica produkująca rocznie 12-15 ton żelaza zużywała 150 ton węgla drzewnego, na zwęglenie którego trzeba było wyrąbać 2,5 ha lasu szpilkowego. Wyliczenia dla zakładu wielkopiecowego z XIX w. są, co zrozumiałe, jeszcze wyższe – aby wytopić tonę surówki i w dalszej kolejności przerobić ją na żelazo użytkowe zużywano naturalny przyrost z ok. 10 ha lasu! Leśna masakra piłą i siekierą… Począwszy od XVIII w. w hutnictwie zaczęto stosować koks, przy czym na naszych ziemiach na szerszą skalę dopiero w II poł. XIX w.
Pozostałości dawnych mielerzy występują i w podostrowieckich lasach, co szczególnie dziwić nie powinno. Tylko w lasach w rejonie Krzemionek namierzono ich ponad 200. Jako że tereny te wchodziły w skład dóbr bodzechowskich, tutejsze mielerze pracowały najpewniej na potrzeby wielkiego pieca huty Bodzechów, wzniesionej w 1836 r. Już w początkowym okresie istnienia zapotrzebowanie zakładu na węgiel drzewny wymagało rocznego wyrębu 8 tysięcy sągów drzewa. Dopiero pod koniec XIX w. miały miejsce pierwsze próby opalania koksem.
W 2015 r. jeden z miejscowych mielerzy został przebadany przez warszawsko-krzemionkowską ekspedycję archeologiczną. Poniżej krótka fotorelacja: