środa, 31 października 2018

Chłopi

Ciężka była dola chłopa pańszczyźnianego. A jeśli jeszcze przyszło muś żyć w dobrach uprzemysłowionych, miał podwójnego pecha. Powszechnie bowiem praca w hutach, a zwłaszcza kopalniach traktowana była jako powinność pańszczyźniana. Tak więc kierowano chłopów do kopania rudy i zwożenia jej do hut, odwadniania kopalń, transportu drewna i węgla. Zapotrzebowanie na pracę uzupełniano najmem wolnym lub przymusowym, zwłaszcza tam gdzie pracy było dużo, a sama pańszczyzna nie wystarczała. Za najem płacono, choć marnie. Tyle, że najemnik przymusowy do roboty iść musiał, czy mu się to podoba czy nie i odrobić określoną ilość dni. W efekcie nie dość, że chłopi musieli odrobić co tydzień pańszczyznę pieszą i sprzężajną (własnym zaprzęgiem) na polach, to jeszcze jako najemnicy pracować w kopalniach. A były jeszcze daremszczyzny – różne drobne prace wykonywane na rzecz dworu. W dobrach rządowych najem przymusowy i daremszczyzny zostały zniesione w 1817 r., różnie to jednak bywało wobec oporu władz górniczych, które nie chciały pozbywać się najemnika przymusowego. Tak więc umęczeni włościanie z dóbr górniczych słali zażalenia do władz. Tak jak chłopi z Krzyżowej Woli w gminie starachowickiej, którzy w 1821 r. skarżyli się do Dyrekcji Górniczej, że nie są w stanie wyrobić się z obowiązkami, bo oprócz należnej powinności tygodniowej „jeszcze i tak wyganiani bywamy bydłem do różnej roboty skarbowej za najem”, czyli w tym przypadku do wożenia rudy i węgla.
Sytuacja w dobrach prywatnych była podobna, a nawet gorsza, bo tu najem przymusowy przetrwał dłużej. W dobrach ostrowieckich włościanie wszystkich wsi zwyczajowo zobowiązani byli do odrabiania pańszczyzny pieszej i sprzężajnej przez określoną liczbę dni w tygodniu oraz daremszczyzn na rzecz dworu. I tak na przykład w 1823 r. chłopi z Częstocic musieli „stróżę kolejno po dwóch dniem i nocą na folwarku Częstocic odbywać, owce myć i strzyc, rzepę, kapustę i inną jarzynę obierać, konopie moczyć, międlić i ile wypadnie oprząść, oraz (…) trzodę dworską pasać i obrządzać”. Żyć nie umierać.
W dobrach ostrowieckich od początku XIX w. działał wielki piec w Kuźni wraz z fryszerkami, były też kopalnie rudy, a w lasach wypalano węgiel. Wykorzystywano więc najem przymusowy. W wykazie powinności chłopów dóbr Klucza Ostrowieckiego z 1830 r. czytamy, że najem pańszczyzny do dworskiej roboty bez wyjątku robić powinni, to jest dzień ciągły w dwie pary bydła złp. 2, dzień chłopskiej ręcznej roboty groszy 20…”. Dalej czytamy, że najem „do żniwa, młocki, kośby i fabryk” wyniósł w skali roku 6000 złotych polskich. Chłopi, jako pracownicy niewykwalifikowani, kierowani byli zazwyczaj do robót pomocniczych, na przykład trzy razy w tygodniu wozili rudę z kopalń Jędrzejowicach do wielkiego pieca w Kuźni. Do kierowania wydobyciem i do pracy w samej hucie zatrudniano oczywiście fachowców. I tak w wykazie „włościan wsi zarobnej Kuźni ich zabudowań, powinności, danin, czynszów i daremszczyzn” figuruje tylko jeden chłop odrabiający pańszczyznę i płacący czynsz. Pozostali mieszkańcy osady to fachowcy – majstrowie wielkiego pieca i fryszerek, kowale młotowi, cieśle – zwolnieni z wszelkich powinności i opłat. W 1847 r. w sąsiednich dobrach bodzechowskich we wszystkich wsiach odrabiano pańszczyznę pieszą, a tylko w kilku sprzężajną. Najwięcej jej odrobili włościanie z Goździelina, co pewnie nie jest przypadkiem. Działały tu kopalnie zaopatrujące w rudę wielki piec w Bodzechowie.
Tak więc, gdy w marcu 1864 r. carski ukaz uwłaszczeniowy zniósł pańszczyznę, uradowani chłopi poczęli wznosić dziękczynne pomniki. Jeden z nich uchował się w Goździelinie, a na nim inskrypcja: Dzięki czyniąc /MATCE NAJŚWIĘTSZEJ/i NAJJAŚNIEJSZEMU/ALEXANDROWI II/Cesarzowi Wszech Rossyi/Królowi Polskiemu/Za usamowolnienie w 1864 r./Na dowód tej wdzięczności/Włościanie Gminy Bodzechów/Pomnik ten w r. 1865/wystawili.

Wizerunek oracza na pomniku w Goździelinie
Reforma uwłaszczeniowa nie zawsze przebiegała gładko. Koloniści górniczy z podostrowieckich wsi mieli problemy z uzyskaniem gruntów na własność. No bo skoro górnik, to już nie chłop i się nie należy. Więc górnicy z Jędrzejowic czy Mychowa musieli udowadniać, że wcześniej jako poddani świadczyli też zwyczajowe powinności włościańskie. W kolejnych latach chłopi wciąż obecni byli w przemyśle, już jako wolni robotnicy najemni. I wciąż najczęściej znajdowali zatrudnienie w kopalniach. W drugiej połowie XIX w. kopalniach Zakładów Ostrowieckich zatrudniano na stałe 250-300 osób, a w sezonie letnim dodatkowe kilkaset. Sezonowi rekrutowali się z okolicznych małorolnych chłopów. W tej liczbie były i kobiety, pracujące głównie w kopalniach odkrywkowych, takich jak „Stefania” koło Janika. Zarobki były nędzne, od ok. 30 do 70 kopiejek za dzień pracy, przy czym najniższą stawkę otrzymywały robotnice ciągnące taczki z urobkiem. Po sezonie wracano do swoich wsi, ale z biegiem czasu duża część chłopów oderwała się zupełnie od rolnictwa i na stałe związała się z przemysłem jako wykwalifikowani robotnicy.


Chłopi przy pracy w kopalni odkrywkowej "Stefania",
lata 80. XIX w.

piątek, 19 października 2018

Piekło pod Niekłaniem

W 1921 r. Zakłady Ostrowieckie zawarły lukratywny kontrakt z Ministerstwem Kolei Żelaznych na produkcję wagonów. W związku z tym przystąpiono do realizacji planu inwestycyjnego. Między innymi zakupiono kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych lasów i gruntów w majątku Niekłań w powiecie koneckim, niedaleko Stąporkowa, gdzie urządzono wytwórnię drewna wagonowego z tartakiem, suszarnią, warsztatami obróbki i wykańczalnią. Drewno to jedno, ale nie bez znaczenia był fakt, że tereny pod Niekłaniem to obszar rudonośny. Po I pierwszej wojnie światowej, ze względów geopolitycznych ustał napływ wysokoprocentowych rud żelaza z terenów Ukrainy. Do łask wróciły wówczas rudy rodzime, otwierano nowe kopalnie i szukano nowych złóż. I tak na ok. 280 ha lasu pod Niekłaniem Zakłady Ostrowieckie założyły kopalnię „Piekło”. Nie dlatego, ze ktoś z kierownictwa miał skłonności sataniczne. Tuż obok znajduje się leśne uroczysko o tej nazwie – skałki o fantazyjnych kształtach, gdzie kiedyś miały pokutować diabły… Dziś to rezerwat przyrody „Skałki Piekło pod Niekłaniem”.

Rezerwat "Skałki Piekło pod Niekłaniem"

Rudę żelaza wydobywano w rejonie Niekłania od wieków. Nawiasem mówiąc tą samą, którą eksploatowano w licznych kopalniach pod Ostrowcem. Złoża jurajskich żelaziaków ilastych ciągną się pasmem od okolic Ostrowca po Starachowice i Wąchock, następnie od rejonu Skarżyska w głąb ziemi koneckiej, między innymi pod Stąporków i Niekłań właśnie. W 1921 r. w kopalni „Piekło” prowadzono równolegle roboty poszukiwacze i wydobywcze, przy czym eksploatacja wyglądała tak, jak od wieków w całym Zagłębiu Staropolskim. Szyby bito gęsto, zazwyczaj przypadało ich 4 na kwadrat o boku ok. 60 m; głębokością sięgały nawet 45 m. Używano konnych kieratów i ręcznych wyciągów. Zakłady Ostrowieckie zmodernizowały kopalnię, ograniczając liczbę szybów (zachowując m.in. wentylacyjny i główny wyciągowy), zmieniając sposób eksploatacji oraz wprowadzając nowoczesne wyposażenie mechaniczne. Wybudowano maszynownię, stację pomp, warsztaty, baraki robotnicze i biura. Do 1928 r. tylko ta kopalnia w regionie była w pełni zmechanizowana, a do tego wprowadzono tu po raz pierwszy strzelanie w rudzie ilastej. Z jakim efektem, nie wiemy. Ponadto wybudowano linię kolejki wąskotorowej z kopalni do Stąporkowa, gdzie w sąsiedztwie stacji PKP znajdowały się „Prażaki Ostrowieckie” – specjalne piece do wzbogacania rudy. Stąd już prosta droga koleją do wielkich pieców w Ostrowcu. W Niekłaniu została utworzona Dyrekcja Kopalń i Lasów Zakładów Ostrowieckich, bezpośrednio podporządkowana Zarządowi Głównemu Zakładów Ostrowieckich. Bo kopalnia „Piekło” nie była jedyna w tym rejonie. Na rzecz ostrowieckiej huty pracowały jeszcze m.in. kopalnie „Piekło II”, „Czarny Las” i „Markowy Lasek”. Łącznie pracowało w nich nawet 700 osób, w tym wysokiej klasy specjaliści krajowi i zagraniczni.
Do dziś po kopalni „Piekło” zachowały się imponujące hałdy i zapadliska szybów, pozostałości rampy załadowczej, nasypu kolejki oraz fundamenty budynków: 



Kopalnia "Piekło" i "Prażaki Ostrowieckie" w Stąporkowie
na mapie z okresu międzywojennego

środa, 3 października 2018

Pomiędzy epokami

Wiemy, że w starożytności wokół Ostrowca hutnictwo miało się świetnie, podobnie zresztą jak całym regionie. Wiemy też, że począwszy od rozwiniętego średniowiecza, a zwłaszcza nieco później działały nad Kamienną liczne kuźnice żelaza. Ale czy wiemy co było pomiędzy epokami, czyli we wczesnym średniowieczu?
Dane są skąpe nawet jeśli chodzi o sprawy podstawowe. Być może ziemia sandomierska wchodziła w skład terytorium plemiennego Wiślan, może mieszkali tu Lędzianie a może terenami tymi władało jakieś inne plemię, którego nazwa zaginęła w pomroce dziejów. W każdym razie w latach 70. X w. ziemia sandomierska dostała się pod panowanie wielkopolskich Piastów. Wtedy też powstaje gród w Sandomierzu, stając się jednym z najważniejszych ośrodków monarchii wczesnopiastowskiej. A co z hutnictwem tego okresu? Oczywiście było. Musiało być, biorąc pod uwagę militarny rozmach poczynań takiego Chrobrego i potrzeby młodego państwa. Funkcjonowało głównie przy ośrodkach władzy, grodach i większych kompleksach osadniczych. Nad Kamienną w tym okresie próżno takich szukać…
Tymczasem parę ładnych lat temu pośród lasów graniczących od północy z Ostrowcem natrafiono na ciekawe stanowisko – pozostałości wczesnośredniowiecznej osady. Na niej, liczne fragmenty ceramiki z przełomu X/XI w. i równie liczne drobne żużle żelazne. Żużel w kontekście wczesnośredniowiecznym - to się u nas raczej nie zdarza… Tyle, że na starym żużlu można się „przejechać”. W okolicy występuje obficie i prawie zawsze jest pozostałością po działalności hutników z czasów rzymskich. Stanowisko nie było badane wykopaliskowo, stąd nie wiadomo jakie były zależności pomiędzy poszczególnymi znaleziskami. Starożytne miejsce wytopu, na które kilka stuleci później przyszli nowi osadnicy? Czy może osada hutnicza z czasów Chrobrego? Jedno znalezisko rzuca światło na zagadkę. Znalezisko niepozorne – niecałe 6 cm długości i niecałe 4 cm średnicy.  Fragment glinianej dyszy, okrągłej w przekroju z podłużnym wewnętrznym kanałem. Ten skromny przedmiot był zakończeniem miecha służącego do wywołania sztucznego dmuchu w piecu dymarskim. A dmuch, wiadomo, był konieczny do uzyskania odpowiedniej temperatury i podtrzymania całego procesu. We wczesnym średniowieczu wytop prowadzono podobnie jak wcześniej w niewielkich piecach zagłębionych w ziemię. Różniły się nieco od tych starożytnych, ale najważniejsza różnica polegała właśnie na rodzaju dmuchu. Przyjmuje się, ze w starożytności piece działały w oparciu o dmuch naturalny. Inaczej we wczesnym średniowieczu; tu stosowano dmuch sztuczny, dowodem czego są liczne znaleziska glinianych dysz, prawie w ogóle nie występujące na stanowiskach z okresu rzymskiego. Fragment dyszy spod Ostrowca pochodzi z części wsuwanej do pieca, o czym świadczy jej mocno przepalony i pokryty żużlem wylot.
Mamy więc datującą ceramikę, żużle i fragment dyszy, co łącznie daje zupełnie wyjątkową osadę wczesnośredniowiecznych hutników pod Ostrowcem. Pytania jednak pozostają. Co taka osada robi pośród pustki osadniczej tego okresu na lewym brzegu Kamiennej, gdzie i wcześniej i później rozciągała się nieprzebyta puszcza? Czy to jacyś miejscowi przeszli rzekę i zagłębili się w lasy by tu kopać rudę, „kurzyć węgle” i wytapiać żelazo? Pracowali na własny rachunek czy też byli „zapleczem” jakiegoś większego ośrodka dostarczając żelazo w ramach daniny? Tylko którego ośrodka? Sandomierz – ciut za daleko, Opatów – owszem, początki tutejszego grodu mogą sięgać X-XI w.; a może pobliski Kunów jest starszy niż myślimy...? A co jeśli odkryte stanowisko nie jest jedyne i w okolicy czają się kolejne? Wszystkie odpowiedzi kryją się w podostrowieckich lasach.

Fragment glinianej dyszy znalezionej pod Ostrowcem
(zbiory Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Ostrowcu Św.)

poniedziałek, 17 września 2018

Ignacy Cywiński

Na cmentarzu parafialnym w Ostrowcu Św. przy ulicy Denkowskiej, w jego najstarszej południowo-zachodniej części znajduje się ciekawy pomnik nagrobny. Na pozór niczym specjalnym się nie wyróżnia, ot, jeden z wielu starych nagrobków, w dodatku uszkodzony. Ciekawe jest to, co umieszczone zostało przez kamieniarza ponad epitafium. Godło górnicze, czyli skrzyżowane młotki – żelazko i perlik. Czyżby górnik? Symbole związane z profesją rzadko pojawiają się na chrześcijańskich nagrobkach. Znacznie częściej podawano wprost w treści epitafium, czym trudnił się za życia pochowany: uczeń, wojskowy, aptekarz, burmistrz, pleban… A w tym konkretnym miejscu pochowany został niejaki Ignacy Cywiński. Na postumencie czytamy:
S.P
Ignacemu
CYWIŃSKIEMU
nie utulona w żalu
CÓRKA
Z drugiej strony postumentu daty:
Urodził się d. 20 Lipca
1816 r.
Umarł d. 25 Sierpnia
1867 r.

Okazuje się, że Ignacy Cywiński na początku lat 60. XIX w., a może i wcześniej był zawiadowcą (zarządcą) „fabryk żelaznych ostrowieckich”, czyli wielkich pieców Klimkiewiczowa i zakładu w Kuźni. Symbolika górnicza na jego nagrobku dziwić nie powinna. Dziś ten symbol jednoznacznie kojarzymy z górnictwem. Dawniej górnictwo i hutnictwo traktowano łącznie, jako jedną gałąź przemysłu, dlatego skrzyżowane młotki znajdujemy często i w hutniczym kontekście.
Mało wiemy o Ignacym Cywińskim. Gdy w nocy z 26 na 27 czerwca 1863 r. wybuchł w Ostrowcu katastrofalny pożar, na ratunek z sikawkami, wodą i ludźmi ruszył między innymi zawiadowca „fabryk żelaznych ostrowieckich” Ignacy Cywiński. Spłonęło 146 domów mieszkalnych, ale tylko 4 osoby straciły życie, z czego jedna rażona apopleksją na skutek silnego upojenia alkoholowego… Co jeszcze wiemy? Mieszkał w Klimkiewiczowie. Miał żonę. To zapewne Antonina ze Smolińskich Cywińska (1814-1857), której nagrobek na cmentarzu w Szewnie wystawił „…mąż z dwóchletniem dziecięciem pozostały…”. Czy dziecięciem owym była córka, która żegnała ojca 10 lat później? Przy grobie śp. Ignacego Cywińskiego pojawiają się czasem znicze. Czy to jakiś dobry człowiek bezinteresownie dba o jego pamięć i opiekuje się niszczejącym nagrobkiem, czy też są potomkowie naszego zawiadowcy, którzy wiedzą o nim coś więcej?


piątek, 7 września 2018

Miniatury hutnicze

Odkryte przypadkiem, przy okazji wojaży na zakończenie wakacji. Park miniatur w miejscowości Chrusty koło Zagnańska. Niby nic szczególnego, bo tego typu atrakcje powstają ostatnio jak grzyby po deszczu. Przyznać jednak trzeba, że cieszą się sporą popularnością, choć entuzjastów znajdziemy głównie wśród małoletnich. Starsi w sumie też nie pogardzą, no bo kto by nie chciał fotki z wieżą Eiffla sięgającą pasa? Niestety, raczej nie są tak wypasione jak ten najsłynniejszy w Brukseli, a i jakość wykonania często pozostawia wiele do życzenia.
Ten w Chrustach jest jednak szczególny, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Po pierwsze przedstawia budowle wyłącznie ze świętokrzyskiego. Mamy więc tu przegląd najważniejszych „wizytówek regionu” w skali 1:20. Po drugie, i to jest najciekawsze, na 20 miniatur w parku aż 6 (!) to obiekty przemysłowe, związane z dawnym hutnictwem żelaza. Oglądamy więc: walcownię i gwoździarnię w Maleńcu, hutę „Józef” w Samsonowie, walcownię w Sielpi, kompleks wielkich pieców w Bobrzy, walcownię w Nietulisku i wielki piec w Starachowicach. Odtworzone w stanie pierwotnym, dzięki czemu przekonać się można jak kiedyś wyglądały obiekty dziś pozostające w ruinie, jak te w Samsonowie czy Nietulisku, bądź jak imponująco mogłyby wyglądać wielkie piece w Bobrzy gdyby zakład powstał w całości. Mniejsza o detale, stopień szczegółowości i wykonanie. Mniejsza o pewne braki rekonstrukcyjne. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, ze w Chrustach można zobaczyć jak wielki wpływ na region miał przemysł Zagłębia Staropolskiego. Jak wielkie było jego znaczenie historyczne, kulturalne i gospodarcze i jak trwałe ślady pozostawił. Zabytki dawnego hutnictwa oglądamy w towarzystwie pereł architektury, których renoma sięga daleko poza granice województwa. Bo kto nie słyszał o Świętym Krzyżu, Sandomierzu czy Krzyżtoporze? Wielkie piece obok gotyckich zamków i pysznych barokowych rezydencji? Hale walcowni w jednym rzędzie z romańskimi świątyniami? Możliwe tylko w świętokrzyskim.

Maleniec
Bobrza
Sielpia
Starachowice
Nietulisko
Samsonów

piątek, 17 sierpnia 2018

Sztandar dla Huty Ostrowiec

W pierwszych latach po wojnie nad ostrowiecką hutą zbierały się ciemne chmury. Dwa najważniejsze wydziały, stalownia i walcownia nie funkcjonowały jak należy i w efekcie w 1951 roku nie wykonały planu rocznego produkcji. Hańba. O tej szokującej sprawie szeroko pisał „Głos Pracy”, którego korespondent tak zdiagnozował przyczyny klęski: „W stalowni szwankował transport, wiele robót było niezakordowanych, ludzie nie znali dokładnie swych planów produkcyjnych. W walcowni kierownictwo było zupełnie nieodpowiednie, nielubiane przez załogę; oddziałem rządziła kumoterska klika z mistrzem walcarki Jurysem na czele”. Należało zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Słusznie zaczęto więc od złożenia samokrytyki. „Winę ponosimy my” – orzekli jednym głosem członkowie Komitetu Partyjnego i Rady Zakładowej. „Sporo i myśmy zawinili” – dodali sekretarze oddziałowi towarzysze Olech i Ogórek. Po czym „w stalowni ruszyła praca masowo-polityczna. W ścisłej współpracy aktywiści partyjni i związkowi organizowali rozszerzone egzekutywy”. Wiadomo. Zakordowano wszystkie prace, usprawniono transport a nawet zorganizowano pyszną i tanią stołówkę. Zmiany dotknęły też walcownię, gdzie „energiczny nowy kierownik, tow. Fornalski usunął kumoterska klikę i zdobył sobie zaufanie całej załogi”. Energiczny kierownik nie był sam na placu boju o lepsze jutro, bowiem pomagali mu tacy mężowie zaufania jak „wyrobiony politycznie tow. Grzegorski, jak wspaniały wychowawca młodych kadr, mistrz wykańczalni tow. Wójcicki, jak doskonały agitator, wysiedleniec z Francji tow. Sucharzewski”. Samokrytyka, partyjni aktywiści, egzekutywy, mężowie zaufania i zdemaskowany sabotażysta. To musiało się udać. „Wkrótce z bezwładnej, płynnej, nieskoordynowanej załogi walcowni powstał pod wpływem pracy tych ludzi zgrany i dzielny KOLEKTYW”.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Stalownia wzięła się za odrabianie strat i już wkrótce otrzymała wyróżnienie i II nagrodę w ogólnopolskim współzawodnictwie o tytuł najlepszego zespołu piecowego. Walcownia dała ponad 500 ton ponadplanowej produkcji i pewnie zwyciężyła w międzyzakładowym współzawodnictwie, pokonując w finale walcownię huty „Stalowa Wola”. Nagroda dla huty przeszła najśmielsze oczekiwania. Nagroda o jakiej fantazjuje każdy stachanowiec. Komunikat brzmiał: „Towarzysze Hutnicy. Uchwałą Centralnej Rady Związków Zawodowych przyznano naszej hucie tytuł najlepszego zakładu w przemyśle hutniczym oraz sztandar przechodni CRZZ za wysokie osiągnięcia produkcyjne w II kwartale bieżącego roku”. Czuwaj!


piątek, 20 lipca 2018

O kunowskich kuźnicach i nie tylko...

Kunów swoją bogatą i burzliwą historią mógłby obdzielić kilka innych miast. Miasteczko położone nad Kamienną nieopodal Ostrowca dziś niczym specjalnym się nie wyróżnia, ale dawniej było inaczej. Odwiedzali miasto królowie Polski od Jagiełły poczynając. Ktoś powie, że z reguły tylko przejazdem. To prawda, ale byli, widzieli, być może nawet zapolowali na zwierza w okolicznych lasach, więc po co drążyć temat… Często i gęsto bywali tu biskupi krakowscy z kardynałem Oleśnickim na czele, bowiem do tych świętych mężów Kunów przez stulecia należał. Miasto odwiedzane było również przez: Mongołów, mocno wkurzonego Konrada Mazowieckiego, Tatarów krymskich, morowe powietrze, Szwedów, Siedmiogrodzian i Kozaków pod wodzą Rakoczego, ponownie morowe powietrze oraz cara Piotra Wielkiego na czele „sojuszniczej” armii złożonej ponoć w dużej mierze z Kałmuków i Kozaków. Cóż, łatwo nie było, ale tak to jest jak się żyje w ciekawych czasach. Miał za to Kunów szczęście do osoby księdza Aleksandra Bastrzykowskiego, który popełnił kapitalną historyczną monografię miasta i okolicy (wyd. 1939).
Położenie nad Kamienną, „najpracowitszą z polskich rzek” zobowiązuje, więc i Kunów w swojej historii miał epizody hutnicze. Zwłaszcza, że okolica obfitowała w złoża rud żelaza i lasy. Nie stał się co prawda z czasem znaczącym ośrodkiem przemysłowym, ale zapisał całkiem bogatą hutniczą kartę. Zaczęło się już w starożytności. W okresie rzymskim w Kunowie i okolicach funkcjonowały liczne piecowiska dymarskie. W latach 50. XX w. Kazimierz Bielenin przebadał w Kunowie fragment osady hutniczej z okresu wczesnorzymskiego wraz z trzema piecowiskami nieuporządkowanymi grupującymi łącznie 40 pieców. Ich forma dała podstawę do wydzielenia w hutnictwie świętokrzyskim małego pieca typu Kunów. Ostatnie znaleziska wskazują, że w okolicy Kunowa piecowisk było znacznie więcej.

Kloc starożytnego żużla z małego pieca typu Kunów.
Okaz ze zdjęcia pochodzi najprawdopodobniej z jednego z piecowisk
badanych w Kunowie przez K. Bielenina w latach 50.
Pierwsza wzmianka o hutnictwie nowożytnym pochodzi z roku 1525, kiedy to biskup krakowski wydał przywilej na kopanie rudy w kopalni zwanej Goliska. Była kopalnia, musiała być i kuźnica. I była. W 1575 r. wysłannicy biskupa przybyli do Kunowa skontrolować kopalnię. W spisanym dokumencie pojawiają się nazwy „Kuźnia”, „Ruda Cunowska” i osoba Mikołaja Rudnika. Trzeba pamiętać, że występujący w źródłach termin „ruda” był z reguły synonimem „kuźnicy” (analogicznie „rudnik” – „kuźnik”). Co prawda „ruda” w ścisłym tego słowa znaczeniu oznaczała kopalnię, ale najczęściej tym mianem określano całość zakładów, tj. kuźnicę z kopalnią rudy. Żeby jeszcze bardziej skomplikować, rudę – kuźnicę w terminologii urzędowej zwano po łacinie minera, lub używano bardziej rozbudowanych terminów, np. officina ferraria, officina mineraria, ferricudina, i.in. Nazwa „ruda” występuje w kontekście wielu miejscowości, jako oznaczenie przysiółka kiedyś przeznaczonego na produkcję żelaza (np. Rudka Bałtowska, Ruda Ćmielowska). Dla Kunowa była to zapewne dzisiejsza wieś Rudka (dawniej Ruda bądź Rudnik). W źródłach pojawia się w średniowieczu, więc pewnie już w tym okresie wydobywano tu rudę i produkowano żelazo. Wzmianki o kopalniach i kuźnicach częste są w XVI-XVII w. (de minera alias Ruda Kunow). Odkąd w 1603 r. tutejszymi zakładami zarządzał w imieniu biskupa krakowskiego Stanisław Żelichowski, miejsce nazywano Rudą Żelichowską (de minera alias Ruda Zelichovii). W późniejszych latach występuje w źródłach officina ferraria Kunowska.
Innym miejscem związanym z produkcją żelaza była osada Małachów. Dziś to część Kunowa na lewym brzegu Kamiennej. Kuźnica (officina ferraria Małachow) powstała tu w II połowie XVII w. i działała co najmniej przez kolejne sto lat. Jej kres nastąpił prawdopodobnie wraz z przejęciem przez państwo dóbr biskupstwa krakowskiego w 1789 r. „Kuźnica Małachów” figuruje jeszcze na mapie województwa sandomierskiego Karola de Pertheesa (wyd. 1791). Pamięć o miejscu przetrwała jeszcze kilkadziesiąt lat. Na planie gruntów Kunowa z 1833 r. widnieje miejsce oznaczone jako „fryszerka stara”, zapewne pozostałości dawnego XVIII-wiecznego zakładu (za udostępnienie planu podziękowania dla Sebastiana https://pl-pl.facebook.com/DawnyKunow/). Według Bastrzykowskiego jeszcze w okresie międzywojennym na gruntach Małachowa leżały zwały żużla. A jak dobrze poszukać, to trafić na nie można i dziś.

Kuźnica Małachów na mapie Karola de Pertheesa z 1791 r.          
                        
                                Lokalizacja kuźnicy małachowskiej na planie gruntów Kunowa z 1833 r.