poniedziałek, 20 stycznia 2020

Antoni Klimkiewicz

Ostrowiec jaki jest każdy widzi. Niby nic specjalnego, ot, kilkudziesięciotysięczne przemysłowe miasto jakich wiele, ale zawsze mogło być jednak gorzej. Jeszcze 200 lat temu Ostrowiec był niewielką mieściną, liczącą jakieś półtora tysiąca dusz. O tym, że wyrosło na coś więcej niż rynek z przyległościami, a wieczorem jest gdzie wyjść na kolację, zadecydował rozwój przemysłu. Ojców sukcesu było wielu, ale w dużej mierze zawdzięczamy to jednemu człowiekowi. To Antoni Klimkiewicz. I o nim dziś będzie, zwłaszcza że w tym roku przypada 220 rocznica jego urodzin i 150 rocznica śmierci.
Urodził się w 1800 r. w Siewierzu w rodzinie urzędnika administracji hutniczej. Wiemy, że miał kilku braci, w tym młodszego o dwa lata Wincentego, który również poświęcił się karierze w hutnictwie. Obaj studiowali w Szkole Akademiczno-Górniczej w Kielcach, utworzonej w 1816 r. pierwszej polskiej uczelni technicznej. Antoni znalazł się w grupie pierwszych absolwentów z roku 1820. W tym czasie rządowe górnictwo i hutnictwo podzielone było na tzw. dozorstwa. W pierwszych latach po studiach Klimkiewicz był zawiadowcą dozorstwa pankowskiego (rejon Częstochowy). Następnie w latach 1826-1829 pracował dozorstwach na Bobrzą i Kamienną (Samsonów, Bzin). Związany był też zakładami w Białogonie. W tym okresie brał czynny udział w realizacji zainicjowanego przez Staszica rządowego planu uprzemysłowienia Królestwa Polskiego.
To również czas zmian w życiu prywatnym. Wybranką Klimkiewicza została pochodząca z Mostków koło Suchedniowa Domicela Krzyżanowska. Może poznał ją wizytując jako pracownik miejscowego dozorstwa tamtejszy wielki piec? Nie wiemy, w każdym razie ślub odbył się 1827 r. w Tumlinie. Być może to zmiany w sferze prywatnej spowodowały, że porzucił pracę w zakładach rządowych i „poszedł na swoje”. W 1828 r. wraz ze wspólnikami wybudował walcownię w Koniecpolu. Jednym z nich był Wojciech Krygier, kolejny wybitny inżynier hutnik tego okresu, kolega ze studiów Klimkiewicza. W roku 1833 panowie uruchomili w Koniecpolu i Machorach dwa pierwsze piece pudlingowe, przyczyniając się do upowszechnienia nowatorskiej metody świeżenia surówki.

Walcownia w Koniecpolu, stan z r. 1875 (źródło: dawnekieleckie.pl)

       Niektóre źródła z okresu międzywojennego podają jakoby Klimkiewicz wziął udział w powstaniu listopadowym i w obawie przed represjami wyjechał do Galicji, gdzie założył zakłady hutnicze w Maksymówce. To nie do końca prawda. W powstaniu nie brał udziału, gdyż już w 1832 r. razem ze wspólnikami wziął w dzierżawę dobra Chlewiska. W dzierżawę oddała je żona gen. Romana Sołtyka, aby uniknąć konfiskaty majątku za udział męża w powstaniu. W 1833 r. Klimkiewicz ze wspólnikami wybudowali wielki zakład hutniczy w Niwce (dziś część Sosnowca). Zakład nosił nazwę „Huty Henryków”, na cześć Henryka Łubieńskiego, wiceprezesa Banku Polskiego – instytucji, który w tym czasie przejęła nadzór nad rządowym przemysłem. To czas ścisłej współpracy Klimkiewicza z Łubieńskim. Gdy ten ostatni przejął dzierżawę Chlewisk, Klimkiewicz w jego imieniu wybudował wielkie piece w Nadolnej i Stefankowie oraz przebudował piec w Aleksandrowie.
Kiedy Łubieński nabył dobra ostrowieckie, Klimkiewicz jako jego plenipotent przystąpił do budowy nowoczesnej huty. Na nadrzecznych błoniach pod Ostrowcem wzniósł zakład z dwoma wielkimi piecami, który odtąd przez kilkadziesiąt lat nazywany był „Hutą Klimkiewiczów”, a położona obok fabryczna osada Klimkiewiczowem. Tak opisywał zakład świadek z epoki: „Ostrowiec dziedzictwo Hr. Henryka Łubieńskiego, posiada zakłady żelazne, które w ostatnich latach znakomitego doznały wzrostu. W Kuźni nad rzeką Kamienną stoi dawny wielki piec (…). Prócz tego w r. 1837 pod kierunkiem Antoniego Klimkiewicza rozpoczęto budowę dwóch wielkich pieców, które w bieg puszczone zostały w r. 1839; od chwili ukończenia ich, produkcja zakładów Ostrowieckich, to jest 3 wielkich pieców rocznie 50,000 do 60,000 centn. surowizny wynosić winna”. Śmiałe dzieło Klimkiewicza, kontynuowane następnie przez jego następców sprawiło, że ostrowiecka huta z czasem stała się krajowym potentatem. A rola jaką odegrała huta w rozwoju miasta jest nie do przecenienia. Szkoda tylko, że dziś jedynym upamiętnieniem inżyniera jest ulica Klimkiewiczowska w obrębie dawnego osiedla fabrycznego.
O tym co robił Klimkiewicz potem wiemy niewiele. O ile pierwsze dziesięciolecia życia są nieźle udokumentowane, tak kolejne lata okrywa mgła tajemnicy. Zapewne znalazł się w Galicji, gdzie prowadził zakłady hutnicze we wspomnianej wcześniej Maksymówce nad rzeką Świcą. W 1848 r. wzmiankowany jest jako „dzierżawca fabryk żelaznych w Maxymówce, Zakli i t. d.”. Zmarł w 1870 r.  Nie znamy dokładnej daty śmierci, nie wiemy gdzie zmarł i gdzie został pochowany. Nie wiemy czy miał dzieci. Jak się okazuje, nie wiemy nawet jak wyglądał – publikowany często wizerunek starszego, łysiejącego mężczyzny z wąsami i bokobrodami należy do kogoś zupełnie innego, o tym samym imieniu i nazwisku. Czas więc uzupełnić luki w życiorysie inżyniera Klimkiewicza i przywrócić należne mu w Ostrowcu miejsce.

                  

środa, 27 listopada 2019

Pożar w Kuźni

Dokładnie 200 lat temu, w nocy z 27 na 28 listopada 1819 roku w Kuźni wybuchł pożar. Dziennik Urzędowy Województwa Sandomierskiego donosił: „…dnia Dwudziestego siódmego, na 28 Listopada, r. z. w Gminie Częstocice w Wsi Kuźnic z powodu nie ostrożnego palenia śzrodku Młynicy, Młyn i wielki piec przez wszczęty pożar wraz z różnemi zapasami w perzynę obrócony został, i do dwudziestu Tysięcy złpol. szkody zarządził…”. Zakład wielkopiecowy zaledwie przed kilku laty wybudowany i uruchomiony przez Jerzego Dobrzańskiego, pierwszy taki w dobrach ostrowieckich, poszedł z dymem… Katastrofa wymusiła na władzach podjęcie zdecydowanych kroków. Polecono „…wszystkim Wóytom Gmin, tudzież Burmistrzom Miast, aby w ścisłym zastosowaniu się do przepisów Policyinych używania łuczywa przy mieleniu zboża w Młynach, lub Tartakach i.t. p. Fabrykach, a tym mniey palenia ognia na śzrodku Młynic, zupełnie zabronili – w mieysce zaś tego końcem zabeszpiecenia potrzebnego światła, maią bydź zaprowadzone Latarnie blaszane bezpieczne, osadzone na łańcuchach, a w razie potrzeby ogrzania, ogień tylko w kominie na to umyślnie i bezpiecznie sporządzonym palony bydź może…”.


Zakład w Kuźni szybko został odbudowany. Już w 1823 r. w opisie dóbr Klucza Ostrowieckiego czytamy: „Wielki piec na topienie rudy w wsi Kuźnia (…), podług formy do tego przedmiotu potrzebnej z kamienia wymurowany, tarcicami pobity, z wejściem elewacyjnie do sypania w piec rudy i węgli do komina podniesionym, z boku tarcicami, z wierzchu gontami pobitym”. A przy nim magazyn, węglarnia, piec do prażenia rudy, fryszerki, tartak i budynki mieszkalne dla pracowników. Młyn – przyczyna pożaru, jak widać odbudowany nie został. Dopiero kilka lat później wzmiankowane są w Kuźni „Fundamenty murowane na młyn wodny założone lecz nie nakryte i nadrujnowane”.

niedziela, 3 listopada 2019

MIchałów

W 1 połowie XIX w. Kamienna odgrywała kluczową rolę w realizacji planu S. Staszica uprzemysłowienia Królestwa Polskiego. Plan zakładał budowę „ciągłego zakładu fabryk żelaznych na rzece Kamiennej”, co realizowano z różnym skutkiem przez szereg lat, głównie po 1833 r., kiedy to kierownictwo nad rządowym górnictwem i hutnictwem przejął Bank Polski. Budowano nad Kamienną spiętrzenia wodne, wznoszone wielkie piece, pudlingarnie i walcownie. Zakłady zakładano zgodnie w kolejnymi etapami procesu technologicznego. A więc: wytop żelaza (wielki piec) - uszlachetnienie (pudlingarnia, wcześniej fryszerka) - gotowy wyrób (walcownia). Pozostałości jednego z takich zakładów znajdziemy na przedmieściach Starachowic, w Michałowie.
Tradycje hutnicze w Michałowie są oczywiście starsze niż XIX wiek, co zresztą jest normą nad Kamienną. Z rejonu Starachowic znane są stanowiska ze starożytnym żużlem dymarskim. W 1629 r. działała w Michałowie kuźnica, wzmiankowana następnie wielokrotnie aż po koniec XVIII w. Na początku kolejnego stulecia produkowano tu broń, a kiedy w 1818 r. dobra benedyktynów świętokrzyskich przejął rząd, postawiono tu, zgodnie z ideą Staszica, fryszerkę obsługującą wielki piec w Starachowicach. W latach 1836-1842 fryszerkę zastąpiono nowoczesną pudlingarnią.  Surowe żelazo oczyszczono z niepożądanych domieszek w specjalnych piecach pudlowych. Dwa takie stanęły w zakładzie michałowskim, dodatkowo wystawiono różnego rodzaju budynki pomocnicze oraz osiedle domków dla robotników. Zakład zasilany był energią wody ze spiętrzenia na Kamiennej. Całość stanowiła część tzw. „węzła starachowickiego”, na który składały się wielki piec w Starachowicach, pudlingarnie w Michałowie i Brodach oraz walcownia w Nietulisku.
W 2 połowie XIX w. zakład udoskonalano. W 1870 r. pudlingarnię nabył wraz z hutą w Starachowicach baron Antoni E. Fraenkel, właściciel dóbr ostrowieckich i huty Klimkiewiczów. Tym samym stworzył wielki kombinat przemysłowy, na który składały się zakłady starachowickie i ostrowieckie oraz walcownia Irena pod Zaklikowem. W Michałowie zainstalowano wtedy m.in. maszyny parowe, a koło wodne zastąpiono turbiną. Pod koniec XIX w. produkcję stopniowo ograniczano, a kres zakładu nastąpił wraz z katastrofalną powodzią w 1903 r.
         Do dziś w Michałowie pozostały jedynie ruiny. Może nie tak majestatyczne i malownicze jak te w Nietulisku, jak zwykle trochę zaniedbane, ale też mogą robić wrażenie. Z zabudowań fabrycznych niewiele zostało, zachował się za to wewnętrzny układ energetyczny zakładu – m. in. monumentalna śluza wpustowa, kanał roboczy, komora rozdziału wody i klatka koła wodnego. Na drugim końcu zapory, gdzie płynie dziś Kamienna znaleźć można resztki prawego przyczółka jazu ulgowego. Wciąż widoczna jest niecka dawnego zbiornika ograniczonego zaporą – potężnym nasypem ziemnym zwieńczonym na całej długości kamiennym falochronem. Jest to jedyny tego typu obiekt w Zagłębiu Staropolskim, który akurat w Michałowie powstał nieprzypadkowo. Tutejsze spiętrzenie było ogromne – 3,5 miliona metrów sześciennych wody zgromadzono na powierzchni 122 hektarów… Ogólnie rzecz biorąc – całość kapitalna. Czytelny do dziś układ przestrzenny założenia przemysłowego z czasów Królestwa Polskiego i unikalne budowle hydrotechniczne. Warto.

Pozostałości zabudowań zakładu
Śluza wpustowa
Górny kanał roboczy
Pozostałości jazu ulgowego
Niecka zbiornika i zapora ziemna
Kamienny falochron

czwartek, 5 września 2019

Ciekawy przypadek Artura Gliszczyńskiego

W przepastnych zbiorach ostrowieckiego muzeum znajduje się dokument, z którym wiąże się ciekawa hutnicza historia. Pismo wystawione w Klimkiewiczowie 25 kwietnia 1868 r. skierowane jest do Zawiadowcy Zakładów Ostrowieckich. Administrator zawiadamiał o nowym stanowisku i awansie niejakiego Gliszczyńskiego. Przytoczmy fragment: „P. Gliszczyński Assystent WW Pieców, powołanym został od 1 Maja b.r. na starszego Assystenta Zakładu Irena – wczem załączającą się nominację Zawiadowca doręczy i udanie się na miejsce nowego przeznaczenia dopilnuje”. Dalej podano, że zainteresowany otrzymuje 15 rubli na pokrycie kosztów przeprowadzki do Ireny. Była to walcownia żelaza koło Zaklikowa w Guberni Lubelskiej wybudowana podobnie jak ostrowiecka huta przez hr. Henryka Łubieńskiego w latach 30. XIX w. Przez szereg lat była to, można powiedzieć, filia Zakładów Ostrowieckich. To tam do walcowania kierowano żelazo uzyskane w ostrowieckich wielkich piecach. Szerzej o Irenie będzie kiedy indziej, dziś zajmijmy się człowiekiem.
Nazwisko Gliszczyński prawie w ogóle nie występuje w regionie. W aktach parafii Szewna (należał do niej Klimkiewiczów) pojawia się tylko raz. W tym samym, 1868 r., związek małżeński z Leonią Zdziemnicką (w innych źródłach: Zdziennicka, Zdzieniecka,) zawarł tu Artur Gliszczyński. Z całą pewnością to nasz awansowany hutnik, który jednak z jakiegoś powodu nie podjął pracy w Irenie. Rok później Artur i Leonia pojawiają się bowiem w miejscowości Machory, wtedy w powiecie opoczyńskim. Zapewne nieprzypadkowo. Machory były prężnym ośrodkiem hutniczym z całym kompleksem zakładów, wielkim piecem, pudlingarnią i okolicznymi kopalniami rudy. W 1869 r. rodzi się tu pierworodny syn Gliszczyńskich, który po ojcu otrzymał imię Artur. W akcie chrztu ojciec dziecka figuruje jako „administrator fabryk”. I to może być odpowiedź na pytanie, dlaczego nasz bohater nie podjął pracy w Irenie.  Być może skorzystał z lepszej oferty, bo zarządzanie całym zakładem było na pewno bardziej intratne niż stanowisko starszego asystenta. Z drugiej strony, urodzony w 1848 r. Artur przekroczył wtedy ledwo 20 lat... A może po prostu świeżo upieczony małżonek wraz z ciężarną żoną postanowił wrócić w rodzinne strony? W tamtych okolicach, rejon Opoczna, Piotrkowa Trybunalskiego, nazwisko Gliszczyński jest bardzo popularne. Rodzinne powiązania i znajomości mogły znacznie ułatwić objęcie dobrej posady. Ale to tylko domysły.
Małżeństwo Gliszczyńskich było chyba udane, jeśli liczyć miarą urodzonych dzieci. Płodne było na pewno. Po pierworodnym Arturze, pojawiają się kolejne pociechy urodzone w Machorach: Wanda (1871), Michał (1872), Stefan (1873) i Marianna (1875). W latach 80. Artur Gliszczyński mieszka już w Warszawie i tu rodzą się kolejne dzieci. Umiera w roku 1896 w wieku 48 lat i zostaje pochowany na Powązkach.
Ciekawą postacią był jego najstarszy syn Artur, dziennikarz, humorysta i poeta związany najpierw z Łodzią, potem z Warszawą.  Brał aktywny udział w życiu kulturalnym obu miast, publikował m.in. w „Gońcu Łódzkim” i „Kurierze Warszawskim”, był redaktorem i wydawcą szeregu pism. Ceniony przez krytyków jego zbiór wierszy „Z mroku i dymu” (1901) poświęcony jest życiu robotników fabrycznej Łodzi. Zmarł w 1910 r. i pochowany został obok ojca-hutnika na Cmentarzu Powązkowskim.

Grób Gliszczyńskich na Cmentarzu Powązkowskim
(źródło: Wikipedia)

piątek, 14 czerwca 2019

Hutnicze Częstocice

Częstocice – niegdyś samodzielna miejscowość o średniowiecznym rodowodzie, a od 1954 r. dzielnica Ostrowca Świętokrzyskiego. Miejscowość słynęła z cukrowni, założonej ok. 1839 r., jednej z pierwszych w Królestwie Polskim. Cukrownia przetrwała wszystkie dziejowe kataklizmy i kolejne reżimy, nie przetrwała za to III RP. Dziś produkcja cukru w Częstocicach jest odległym wspomnieniem, a ślady dawnej chwały to pojedyncze zachowane budynki fabryczne. Ale nie o cukrze.
Najbardziej charakterystyczną budowlą Częstocic jest otoczony parkiem XIX-wieczny pałac Wielopolskich, od kilkudziesięciu lat siedziba ostrowieckiego muzeum. Mało kto wie, że pałac i park stoją na stanowisku archeologicznym, a ludzie w tym miejscu mieszkali od tysięcy lat, co najmniej od młodszej epoki kamienia. Najciekawiej jednak było na przełomie er, w okresie rzymskim. Wtedy to na tym terenie istniała osada starożytnych hutników. Pozostały po nich liczne materialne ślady.
Do pierwszych znalezisk doszło w latach 60, kiedy to podczas prac budowlanych w parku pałacowym odkopano kloce starożytnego żużla. Do wykopalisk doszło jednak dopiero 20 lat później (1986-1987). Profesor Kazimierz Bielenin w ciągu dwu sezonów badań odkopał tu fragment osady z okresu wczesnorzymskiego (I-II w. n.e.). Poza warstwą kulturową i różnego rodzaju obiektami o przeznaczeniu gospodarczym, odsłonięto dwa piecowiska hutnicze w typie nieuporządkowanym grupujące łącznie 11 pieców. Ciekawostką może być fakt, że część z nich nie została przebadana do końca, lecz odsłonięta i zabezpieczona na potrzeby planowanej wówczas ekspozycji. W parku pałacowym miała powstać wiata-pawilon, w którym prezentowanoby  relikty pieców sprzed prawie 2 tysięcy lat. Do realizacji pomysłu z różnych przyczyn nie doszło; pocieszające jest jednak to, że po ponad 30 latach ostrowieckie muzeum powróciło do starej koncepcji. Z jakim skutkiem, czas pokaże... Badania prowadzone w ostatnich latach (2009-2017) odsłoniły kolejne części osady – mieszkalne ziemianki, jamy gospodarcze i kolejne piece hutnicze. Żużle odkrywane na stanowisku w dużej ilości wskazują na fakt, że nie tylko wytapiano tu żelaza, ale również na miejscu poddawano obróbce kowalskiej. Przyjmuje się, że to nad Kamienną odbywał się handel świętokrzyskim żelazem. Być może śladem dalekosiężnej wymiany jest znaleziony na osadzie w Częstocicach szklany paciorek pochodzący z terenów Bliskiego Wschodu. Tak było w starożytności, a co w epokach nam bliższych?
Wieś Częstocice pojawia się w źródłach w II poł. XIV w. Począwszy od XVI-XVII w. w miejscu obecnego zespołu pałacowo-parkowego znajdował się dwór z folwarkiem, który z czasem stał się centrum administracyjnym dóbr ostrowieckich. Bywali tu ich właściciele, podejmowali ważne decyzje, wystawiali dokumenty. W tym czasie w dobrach ostrowieckich nad Kamienną działały kuźnice żelaza. Rudę do kuźnic kopano w okolicznych kopalniach i magazynowano w budynkach dworu częstocickiego. I tak w 1724 r. „zwiezionej wszystkiej rudy do dworu” było 439 wozów. W trakcie badań archeologicznych w parku pałacowym odkryto liczne pozostałości zabudowań gospodarczych dawnego folwarku. Być może niektóre z tych odkrytych służyły za składy rudy.
W 1808 r. dobra ostrowieckie nabył Jerzy Dobrzański. Nowy właściciel od samego początku planował wybudowanie hutniczego wielkiego pieca właśnie w Częstocicach, ostatecznie inwestycję zrealizował kilka lat później w Kuźni. W latach 80. XIX wieku wzniesiono istniejący do dziś pałac; zamieszkali w nim Zygmunt i Maria Wielopolscy. W okresie międzywojennym nastąpił koniec dóbr ostrowieckich. W 1931 r. Maria Wielopolska sprzedała pałac z parkiem Spółce Akcyjnej Wielkich Pieców i Zakładów Ostrowieckich. Urządzono tam resursę dla kadry technicznej huty i hotel dla akcjonariuszy. Po wojnie, w 1963 r. huta przekazała teren i budynek miastu z przeznaczeniem na muzeum. I tak też się stało, a historia, rozpoczęta w starożytności, domknęła się.

Zabytkowy zespół pałacowo - parkowy w Częstocicach.
Kloce starożytnego żużla hutniczego.
Pozostałości jednego z pieców dymarskich.
Zachowana ściana folwarcznej ziemianki.
Mur fundamentowy folwarcznego budynku gospodarczego.
Pałac Wielopolskich - Muzeum Historyczno-Archeologiczne
w Ostrowcu Świętokrzyskim.

wtorek, 4 grudnia 2018

Barbórka

Dziś 4 grudnia, dzień św. Barbary, czyli popularna „Barbórka”. Święto wszystkich górników, obchodzone hucznie na uroczystych galach, mszach, pochodach, koncertach i biesiadach. A tak obchodzono „Barbórkę” w 1889 r. w Klimkiewiczowie, według relacji korespondenta Gazety Radomskiej:
Ochoczo, wesoło i uroczyście obchodzono święto patronki górników, św. Barbary 4 grudnia w Klimkiewiczowie, a powodem tego było poświęcenie nowo wzniesionej i do puszczenia w ruch prawie przygotowanej nowej stalowni, dzięki której zakłady klimkiewiczowskie, podwajając swoją produkcję i wprowadzając nową gałąź przemysłu w nasze okolice, powiększają się prawie w dwójnasób.(…)
Poświęcenia nowo wzniesionej stalowni dokonał ks. prałat Kijanka, regens seminarium sandomierskiego, a zarazem proboszcz miejscowej parafii w asystencji ks. wikarego, a w obecności przedstawicieli Zarządu powiatowego, miejscowej dyrekcji jak również przedstawicieli sąsiednich górniczych zakładów przemysłowych i licznie zebranych, a w dniu tym świętujących robotników fabrycznych.
Po dokonanym poświęceniu liczne grono gości podejmowali wielce sympatyczni i gościnni gospodarze, na czele których powitał obecnych dyrektor zakładów, p. Agthe. Z kolei dziękując za serdeczne i gościnne przyjęcie, przemówił naczelnik powiatu p. Moroszkin, życząc fabryce jak największego powodzenia, a jej właścicielom i pracownikom jak największych korzyści. Następnie serdecznie przemówił w kilku słowach ks. prałat Kijanka, podnosząc fakt, że Dyrekcja Zakładów, obchodząc uroczyście swój triumf, nie zapomniała o Bogu, rozpoczynając nowe działo w imię Boskie i z Jego błogosławieństwem. (…)
Z kolei przemówił inżynier powiatu opatowskiego p. Suzin, zwracając uwagę, że na tej technicznej uroczystości miały miejsce mowy świeckie i religijne, a nikt jeszcze nie wypowiedział słów kilku ze stanowiska technicznego. (…) Mówca wniósł toast na cześć: przede wszystkim techniki, a następnie, jako mieszkaniec okolic opatowskich, zdrowie wszystkich tych, którzy podjęli projekt przeniesienia stalowni do powiatu opatowskiego (…). Ku wielkiemu zadowoleniu mówcy, toast z uznaniem serdecznym przyjęto i to «techniczne» zdrowie «mechanicznie» do suchego dna pieniącym się szampanem przez wszystkich obecnych wychylone zostało.
Wieczorem w salonach dyrektora zakładów przy dźwiękach miejscowej orkiestry ochocze rozpoczęto tańce, które przeciągnęły się do późna.
Było na bogato – przemowy, szampan i tańce do późna. Czy były też inne swawole i jakim bilansem zakończyła się impreza, nie wiemy. Widzimy za to, że głównym tematem uroczystości  było otwarcie hutniczej stalowni; o samych górnikach ani słowa. Ale tego dnia miała prawo świętować cała branża górniczo-hutnicza, traktowana wówczas jako całość, więc termin uroczystości przypadkowy nie był. Żeby jednak uczcić pamięć wszystkich miejscowych górników w dniu ich święta, poniższe zdjęcie specjalnie dla Nich:


środa, 31 października 2018

Chłopi

Ciężka była dola chłopa pańszczyźnianego. A jeśli jeszcze przyszło muś żyć w dobrach uprzemysłowionych, miał podwójnego pecha. Powszechnie bowiem praca w hutach, a zwłaszcza kopalniach traktowana była jako powinność pańszczyźniana. Tak więc kierowano chłopów do kopania rudy i zwożenia jej do hut, odwadniania kopalń, transportu drewna i węgla. Zapotrzebowanie na pracę uzupełniano najmem wolnym lub przymusowym, zwłaszcza tam gdzie pracy było dużo, a sama pańszczyzna nie wystarczała. Za najem płacono, choć marnie. Tyle, że najemnik przymusowy do roboty iść musiał, czy mu się to podoba czy nie i odrobić określoną ilość dni. W efekcie nie dość, że chłopi musieli odrobić co tydzień pańszczyznę pieszą i sprzężajną (własnym zaprzęgiem) na polach, to jeszcze jako najemnicy pracować w kopalniach. A były jeszcze daremszczyzny – różne drobne prace wykonywane na rzecz dworu. W dobrach rządowych najem przymusowy i daremszczyzny zostały zniesione w 1817 r., różnie to jednak bywało wobec oporu władz górniczych, które nie chciały pozbywać się najemnika przymusowego. Tak więc umęczeni włościanie z dóbr górniczych słali zażalenia do władz. Tak jak chłopi z Krzyżowej Woli w gminie starachowickiej, którzy w 1821 r. skarżyli się do Dyrekcji Górniczej, że nie są w stanie wyrobić się z obowiązkami, bo oprócz należnej powinności tygodniowej „jeszcze i tak wyganiani bywamy bydłem do różnej roboty skarbowej za najem”, czyli w tym przypadku do wożenia rudy i węgla.
Sytuacja w dobrach prywatnych była podobna, a nawet gorsza, bo tu najem przymusowy przetrwał dłużej. W dobrach ostrowieckich włościanie wszystkich wsi zwyczajowo zobowiązani byli do odrabiania pańszczyzny pieszej i sprzężajnej przez określoną liczbę dni w tygodniu oraz daremszczyzn na rzecz dworu. I tak na przykład w 1823 r. chłopi z Częstocic musieli „stróżę kolejno po dwóch dniem i nocą na folwarku Częstocic odbywać, owce myć i strzyc, rzepę, kapustę i inną jarzynę obierać, konopie moczyć, międlić i ile wypadnie oprząść, oraz (…) trzodę dworską pasać i obrządzać”. Żyć nie umierać.
W dobrach ostrowieckich od początku XIX w. działał wielki piec w Kuźni wraz z fryszerkami, były też kopalnie rudy, a w lasach wypalano węgiel. Wykorzystywano więc najem przymusowy. W wykazie powinności chłopów dóbr Klucza Ostrowieckiego z 1830 r. czytamy, że najem pańszczyzny do dworskiej roboty bez wyjątku robić powinni, to jest dzień ciągły w dwie pary bydła złp. 2, dzień chłopskiej ręcznej roboty groszy 20…”. Dalej czytamy, że najem „do żniwa, młocki, kośby i fabryk” wyniósł w skali roku 6000 złotych polskich. Chłopi, jako pracownicy niewykwalifikowani, kierowani byli zazwyczaj do robót pomocniczych, na przykład trzy razy w tygodniu wozili rudę z kopalń Jędrzejowicach do wielkiego pieca w Kuźni. Do kierowania wydobyciem i do pracy w samej hucie zatrudniano oczywiście fachowców. I tak w wykazie „włościan wsi zarobnej Kuźni ich zabudowań, powinności, danin, czynszów i daremszczyzn” figuruje tylko jeden chłop odrabiający pańszczyznę i płacący czynsz. Pozostali mieszkańcy osady to fachowcy – majstrowie wielkiego pieca i fryszerek, kowale młotowi, cieśle – zwolnieni z wszelkich powinności i opłat. W 1847 r. w sąsiednich dobrach bodzechowskich we wszystkich wsiach odrabiano pańszczyznę pieszą, a tylko w kilku sprzężajną. Najwięcej jej odrobili włościanie z Goździelina, co pewnie nie jest przypadkiem. Działały tu kopalnie zaopatrujące w rudę wielki piec w Bodzechowie.
Tak więc, gdy w marcu 1864 r. carski ukaz uwłaszczeniowy zniósł pańszczyznę, uradowani chłopi poczęli wznosić dziękczynne pomniki. Jeden z nich uchował się w Goździelinie, a na nim inskrypcja: Dzięki czyniąc /MATCE NAJŚWIĘTSZEJ/i NAJJAŚNIEJSZEMU/ALEXANDROWI II/Cesarzowi Wszech Rossyi/Królowi Polskiemu/Za usamowolnienie w 1864 r./Na dowód tej wdzięczności/Włościanie Gminy Bodzechów/Pomnik ten w r. 1865/wystawili.

Wizerunek oracza na pomniku w Goździelinie
Reforma uwłaszczeniowa nie zawsze przebiegała gładko. Koloniści górniczy z podostrowieckich wsi mieli problemy z uzyskaniem gruntów na własność. No bo skoro górnik, to już nie chłop i się nie należy. Więc górnicy z Jędrzejowic czy Mychowa musieli udowadniać, że wcześniej jako poddani świadczyli też zwyczajowe powinności włościańskie. W kolejnych latach chłopi wciąż obecni byli w przemyśle, już jako wolni robotnicy najemni. I wciąż najczęściej znajdowali zatrudnienie w kopalniach. W drugiej połowie XIX w. kopalniach Zakładów Ostrowieckich zatrudniano na stałe 250-300 osób, a w sezonie letnim dodatkowe kilkaset. Sezonowi rekrutowali się z okolicznych małorolnych chłopów. W tej liczbie były i kobiety, pracujące głównie w kopalniach odkrywkowych, takich jak „Stefania” koło Janika. Zarobki były nędzne, od ok. 30 do 70 kopiejek za dzień pracy, przy czym najniższą stawkę otrzymywały robotnice ciągnące taczki z urobkiem. Po sezonie wracano do swoich wsi, ale z biegiem czasu duża część chłopów oderwała się zupełnie od rolnictwa i na stałe związała się z przemysłem jako wykwalifikowani robotnicy.


Chłopi przy pracy w kopalni odkrywkowej "Stefania",
lata 80. XIX w.