czwartek, 18 czerwca 2020

Koło szalone

Kołem szalonym, lub też szaleńcem, nazywano kiedyś koło zamachowe – urządzenie obrotowe o dużym momencie bezwładności służące do magazynowania energii. Znane od wieków, powszechnie wykorzystywane było w dawnym przemyśle. Swoją dawną, „szaloną” nazwę zawdzięcza dużej prędkości obrotowej – w trakcie pracy szprychy rozpędzonego koła stawały się wręcz niewidoczne. Koła zamachowe wykorzystywane były w silnikach parowych, stosowano je również w zakładach przemysłowych korzystających z energii wodnej. W zakładach takich, koło wodne za pomocą wału transmisyjnego i przekładni przekazywało energię kołu szalonemu, które następnie napędzało wewnętrzne urządzenia zakładu, np. walcarki. Koła takie zachowały się w dawnych walcowniach w Sielpi i Maleńcu. W tym ostatnim zakładzie tak zwany „Szaleniec z Maleńca” ma średnicę 5,5 metra przy wadze 38 ton. Z racji gabarytów i wrodzonego „szaleństwa” nie były to bezpieczne zabawki. Wszyscy pamiętają scenę z „Ziemi obiecanej”, kiedy w tryby takiego koła dostają się Kessler i Malinowski. Krwawa miazga…

Koło zamachowe w walcowni w Sielpi

Do wypadku z udziałem koła szalonego doszło również wiosną 1860 r. w walcowni w Nietulisku, choć tu obyło się bez ofiar. Donosił o tym korespondent „Tygodnika Illustrowanego”: „Walcownia wraz z piecami szwejsowymi pomieszczona w ozdobnym budynku, odbiera ruch od dwóch kół wodnych siły 60 koni. Przy motorach tych znajduje się tak zwane koło szalone, regulujące ruch i złożone z łuków żelaznych silnie z sobą spojonych. Otóż koło to, skutkiem zapewne ciągłego od lat kilkunastu biegu, naraz podczas działania machiny uległo rozerwaniu. Siła z jaką części rozbiegłe wyrzucone zostały była tak wielką, że odłamy, przebiwszy belki wiązania dachowego, dostały się aż na zewnątrz budynku. Szczęściem nikt z licznych robotników pracujących przy warsztatach, walcach i piecach uszkodzeniu nie uległ.
Po wypadku zakład przez jakiś czas był unieruchomiony, wkrótce jednak rozpoczęto budowę nowego napędu. Korzystając z postoju wymieniono też jedno ze starych drewnianych kół wodnych na nowe, żelazne, o ulepszonej konstrukcji. Walcownia w Nietulisku pracowała jeszcze przez ponad 40 lat, aż po początek XX wieku.

Ruiny głównej hali fabrycznej walcowni w Nietulisku

środa, 17 czerwca 2020

Wieże ciśnień

Jak w tytule - wieże ciśnień. Niezwykle ciekawe budowle nie tylko ze względu na ich przeznaczenie, ale i często niebanalną architekturę. Dotyczy to zwłaszcza tych starszych, z reguły bardzo efektownych. Często stanowią charakterystyczny element krajobrazu wielu miast i zakładów przemysłowych. Ich przeznaczeniem jest rozprowadzanie wody pod odpowiednim ciśnieniem. Zasada działania jest prosta. Na szczycie wieży znajduje się zbiornik, do którego woda tłoczona jest za pomocą pomp. Ze zbiornika woda rozprowadzana jest już bez zasilania. Zbiornik działa na zasadzie naczyń połączonych, dlatego umieszczany jest zawsze jak najwyżej.
Tu zajmiemy się wieżami ciśnień ostrowieckiej huty. Łącznie było ich cztery, do dziś uchowała się tylko jedna, dumnie górująca nad miastem. Nas interesują zwłaszcza te najstarsze. Pierwszą wieżę ciśnień wzniesiono w zachodniej części zakładu, tuż przy stawach hutniczych (nazwijmy ją wieżą zachodnią). Widnieje na fotografii Zakładów Ostrowieckich z ok. 1890 r. Wybudowano ją więc tuż przed tą datą i miało to zapewne związek z akcją inwestycyjną jaką od 1886 r. prowadziło nowo powstałe Towarzystwo Akcyjne Wielkich Pieców i Zakładów Ostrowieckich. W 1894 r. wzniesiono drugą wieżę. Ta powstała we wschodniej części zakładu (i nazwijmy ją wieżą wschodnią), tuż przy wystawionych w latach 90-tych nowoczesnych wielkich piecach. Miała trzy pompy i jej zadaniem była obsługa rzeczonych pieców. Obie wieże widoczne są na zdjęciu wykonanym ok. 1895 r. Co możemy o nich powiedzieć? Wieża zachodnia z tego okresu znana jest tylko z dwóch odległych ujęć, więc ciężko cokolwiek powiedzieć o szczegółach. Widać tam tylko jej górną część, która, jak się wydaje, zbudowana jest na planie wielokąta, zwieńczona spadzistym dachem i być może otoczona balustradą. Wieża wschodnia jest lepiej widoczna. Wybudowana została z cegły na planie ośmiokąta, również ze spadzistym dachem. Wznosi się mniej więcej na wysokość stojących obok wielkopiecowych nagrzewnic Cowpera. Urządzenia tego typu miały powyżej 20 metrów wysokości i taką też wysokość można przyjąć dla naszej wieży.

Zakłady Ostrowieckie na fotografii z ok. 1895 r.; widok od południa
Wieże ciśnień Zakładów Ostrowieckich w 1902 r.; widok od północy

Kilka lat później obie wieże przeszły face lifting, co widać na fotografii z 1902 r. Tym razem widzimy wyraźnie, że wieża zachodnia zyskała formę na planie czworokąta. Wieżę wschodnią podwyższono dodając na szczycie drewnianą nadbudówkę o nieco mniejszej średnicy niż podstawa. W takiej też postaci przetrwała następne kilkadziesiąt lat, aż po późny PRL. Najpewniej rozebrana została wraz wielkim piecem w roku 1981. Ale tu pewności nie ma, jeśli jakiś hutnik pamięta ten fakt, niech mnie poprawi. Kiedy rozebrano wieżę zachodnią, nie wiadomo. Na pewno istniała jeszcze w okresie międzywojennym.

Tzw. wieża zachodnia w okresie międzywojennym
Tzw. wieża wschodnia w okresie PRL

W latach 60-tych XX w. na terenie huty wybudowano dwie kolejne wieże ciśnień. Pierwsza, wzniesiona w zachodniej części huty, miała zbiornik umieszczony na stalowym słupie o wysokości 70 m, wzmocnionym odciągami. W 2010 r. została rozebrana i pocięta na przysłowiowe żyletki. Druga, o wysokości ponad 45 metrów i charakterystycznej sylwetce powstała w pobliżu wielkiego pieca, obok swojej starszej XIX-wiecznej kuzynki. Ta stoi do dziś. Dla jednych – niekwestionowany symbol hutniczego miasta, dla innych – poczwara szpecąca krajobraz. Tym drugim należy współczuć braku wyobraźni, co nie zmienia faktu, że jeśli szybko nie pojawi się pomysł na zagospodarowanie obiektu, prędzej czy później podzieli los pozostałych.

Po lewej: istniejąca wieża ciśnień w Ostrowcu (fot. E. Sitarska),
po prawej rozbiórka wieży w 2010 r. (fot. W. Mazan)

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Antoni Klimkiewicz

Ostrowiec jaki jest każdy widzi. Niby nic specjalnego, ot, kilkudziesięciotysięczne przemysłowe miasto jakich wiele, ale zawsze mogło być jednak gorzej. Jeszcze 200 lat temu Ostrowiec był niewielką mieściną, liczącą jakieś półtora tysiąca dusz. O tym, że wyrosło na coś więcej niż rynek z przyległościami, a wieczorem jest gdzie wyjść na kolację, zadecydował rozwój przemysłu. Ojców sukcesu było wielu, ale w dużej mierze zawdzięczamy to jednemu człowiekowi. To Antoni Klimkiewicz. I o nim dziś będzie, zwłaszcza że w tym roku przypada 220 rocznica jego urodzin i 150 rocznica śmierci.
Urodził się w 1800 r. w Siewierzu w rodzinie urzędnika administracji hutniczej. Wiemy, że miał kilku braci, w tym młodszego o dwa lata Wincentego, który również poświęcił się karierze w hutnictwie. Obaj studiowali w Szkole Akademiczno-Górniczej w Kielcach, utworzonej w 1816 r. pierwszej polskiej uczelni technicznej. Antoni znalazł się w grupie pierwszych absolwentów z roku 1820. W tym czasie rządowe górnictwo i hutnictwo podzielone było na tzw. dozorstwa. W pierwszych latach po studiach Klimkiewicz był zawiadowcą dozorstwa pankowskiego (rejon Częstochowy). Następnie w latach 1826-1829 pracował dozorstwach na Bobrzą i Kamienną (Samsonów, Bzin). Związany był też zakładami w Białogonie. W tym okresie brał czynny udział w realizacji zainicjowanego przez Staszica rządowego planu uprzemysłowienia Królestwa Polskiego.
To również czas zmian w życiu prywatnym. Wybranką Klimkiewicza została pochodząca z Mostków koło Suchedniowa Domicela Krzyżanowska. Może poznał ją wizytując jako pracownik miejscowego dozorstwa tamtejszy wielki piec? Nie wiemy, w każdym razie ślub odbył się 1827 r. w Tumlinie. Być może to zmiany w sferze prywatnej spowodowały, że porzucił pracę w zakładach rządowych i „poszedł na swoje”. W 1828 r. wraz ze wspólnikami wybudował walcownię w Koniecpolu. Jednym z nich był Wojciech Krygier, kolejny wybitny inżynier hutnik tego okresu, kolega ze studiów Klimkiewicza. W roku 1833 panowie uruchomili w Koniecpolu i Machorach dwa pierwsze piece pudlingowe, przyczyniając się do upowszechnienia nowatorskiej metody świeżenia surówki.

Walcownia w Koniecpolu, stan z r. 1875 (źródło: dawnekieleckie.pl)

       Niektóre źródła z okresu międzywojennego podają jakoby Klimkiewicz wziął udział w powstaniu listopadowym i w obawie przed represjami wyjechał do Galicji, gdzie założył zakłady hutnicze w Maksymówce. To nie do końca prawda. W powstaniu nie brał udziału, gdyż już w 1832 r. razem ze wspólnikami wziął w dzierżawę dobra Chlewiska. W dzierżawę oddała je żona gen. Romana Sołtyka, aby uniknąć konfiskaty majątku za udział męża w powstaniu. W 1833 r. Klimkiewicz ze wspólnikami wybudowali wielki zakład hutniczy w Niwce (dziś część Sosnowca). Zakład nosił nazwę „Huty Henryków”, na cześć Henryka Łubieńskiego, wiceprezesa Banku Polskiego – instytucji, który w tym czasie przejęła nadzór nad rządowym przemysłem. To czas ścisłej współpracy Klimkiewicza z Łubieńskim. Gdy ten ostatni przejął dzierżawę Chlewisk, Klimkiewicz w jego imieniu wybudował wielkie piece w Nadolnej i Stefankowie oraz przebudował piec w Aleksandrowie.
Kiedy Łubieński nabył dobra ostrowieckie, Klimkiewicz jako jego plenipotent przystąpił do budowy nowoczesnej huty. Na nadrzecznych błoniach pod Ostrowcem wzniósł zakład z dwoma wielkimi piecami, który odtąd przez kilkadziesiąt lat nazywany był „Hutą Klimkiewiczów”, a położona obok fabryczna osada Klimkiewiczowem. Tak opisywał zakład świadek z epoki: „Ostrowiec dziedzictwo Hr. Henryka Łubieńskiego, posiada zakłady żelazne, które w ostatnich latach znakomitego doznały wzrostu. W Kuźni nad rzeką Kamienną stoi dawny wielki piec (…). Prócz tego w r. 1837 pod kierunkiem Antoniego Klimkiewicza rozpoczęto budowę dwóch wielkich pieców, które w bieg puszczone zostały w r. 1839; od chwili ukończenia ich, produkcja zakładów Ostrowieckich, to jest 3 wielkich pieców rocznie 50,000 do 60,000 centn. surowizny wynosić winna”. Śmiałe dzieło Klimkiewicza, kontynuowane następnie przez jego następców sprawiło, że ostrowiecka huta z czasem stała się krajowym potentatem. A rola jaką odegrała huta w rozwoju miasta jest nie do przecenienia. Szkoda tylko, że dziś jedynym upamiętnieniem inżyniera jest ulica Klimkiewiczowska w obrębie dawnego osiedla fabrycznego.
O tym co robił Klimkiewicz potem wiemy niewiele. O ile pierwsze dziesięciolecia życia są nieźle udokumentowane, tak kolejne lata okrywa mgła tajemnicy. Zapewne znalazł się w Galicji, gdzie prowadził zakłady hutnicze we wspomnianej wcześniej Maksymówce nad rzeką Świcą. W 1848 r. wzmiankowany jest jako „dzierżawca fabryk żelaznych w Maxymówce, Zakli i t. d.”. Zmarł w 1870 r.  Nie znamy dokładnej daty śmierci, nie wiemy gdzie zmarł i gdzie został pochowany. Nie wiemy czy miał dzieci. Jak się okazuje, nie wiemy nawet jak wyglądał – publikowany często wizerunek starszego, łysiejącego mężczyzny z wąsami i bokobrodami należy do kogoś zupełnie innego, o tym samym imieniu i nazwisku. Czas więc uzupełnić luki w życiorysie inżyniera Klimkiewicza i przywrócić należne mu w Ostrowcu miejsce.

                  

środa, 27 listopada 2019

Pożar w Kuźni

Dokładnie 200 lat temu, w nocy z 27 na 28 listopada 1819 roku w Kuźni wybuchł pożar. Dziennik Urzędowy Województwa Sandomierskiego donosił: „…dnia Dwudziestego siódmego, na 28 Listopada, r. z. w Gminie Częstocice w Wsi Kuźnic z powodu nie ostrożnego palenia śzrodku Młynicy, Młyn i wielki piec przez wszczęty pożar wraz z różnemi zapasami w perzynę obrócony został, i do dwudziestu Tysięcy złpol. szkody zarządził…”. Zakład wielkopiecowy zaledwie przed kilku laty wybudowany i uruchomiony przez Jerzego Dobrzańskiego, pierwszy taki w dobrach ostrowieckich, poszedł z dymem… Katastrofa wymusiła na władzach podjęcie zdecydowanych kroków. Polecono „…wszystkim Wóytom Gmin, tudzież Burmistrzom Miast, aby w ścisłym zastosowaniu się do przepisów Policyinych używania łuczywa przy mieleniu zboża w Młynach, lub Tartakach i.t. p. Fabrykach, a tym mniey palenia ognia na śzrodku Młynic, zupełnie zabronili – w mieysce zaś tego końcem zabeszpiecenia potrzebnego światła, maią bydź zaprowadzone Latarnie blaszane bezpieczne, osadzone na łańcuchach, a w razie potrzeby ogrzania, ogień tylko w kominie na to umyślnie i bezpiecznie sporządzonym palony bydź może…”.


Zakład w Kuźni szybko został odbudowany. Już w 1823 r. w opisie dóbr Klucza Ostrowieckiego czytamy: „Wielki piec na topienie rudy w wsi Kuźnia (…), podług formy do tego przedmiotu potrzebnej z kamienia wymurowany, tarcicami pobity, z wejściem elewacyjnie do sypania w piec rudy i węgli do komina podniesionym, z boku tarcicami, z wierzchu gontami pobitym”. A przy nim magazyn, węglarnia, piec do prażenia rudy, fryszerki, tartak i budynki mieszkalne dla pracowników. Młyn – przyczyna pożaru, jak widać odbudowany nie został. Dopiero kilka lat później wzmiankowane są w Kuźni „Fundamenty murowane na młyn wodny założone lecz nie nakryte i nadrujnowane”.

niedziela, 3 listopada 2019

Michałów

W 1 połowie XIX w. Kamienna odgrywała kluczową rolę w realizacji planu S. Staszica uprzemysłowienia Królestwa Polskiego. Plan zakładał budowę „ciągłego zakładu fabryk żelaznych na rzece Kamiennej”, co realizowano z różnym skutkiem przez szereg lat, głównie po 1833 r., kiedy to kierownictwo nad rządowym górnictwem i hutnictwem przejął Bank Polski. Budowano nad Kamienną spiętrzenia wodne, wznoszone wielkie piece, pudlingarnie i walcownie. Zakłady zakładano zgodnie w kolejnymi etapami procesu technologicznego. A więc: wytop żelaza (wielki piec) - uszlachetnienie (pudlingarnia, wcześniej fryszerka) - gotowy wyrób (walcownia). Pozostałości jednego z takich zakładów znajdziemy na przedmieściach Starachowic, w Michałowie.
Tradycje hutnicze w Michałowie są oczywiście starsze niż XIX wiek, co zresztą jest normą nad Kamienną. Z rejonu Starachowic znane są stanowiska ze starożytnym żużlem dymarskim. W 1629 r. działała w Michałowie kuźnica, wzmiankowana następnie wielokrotnie aż po koniec XVIII w. Na początku kolejnego stulecia produkowano tu broń, a kiedy w 1818 r. dobra benedyktynów świętokrzyskich przejął rząd, postawiono tu, zgodnie z ideą Staszica, fryszerkę obsługującą wielki piec w Starachowicach. W latach 1836-1842 fryszerkę zastąpiono nowoczesną pudlingarnią.  Surowe żelazo oczyszczono z niepożądanych domieszek w specjalnych piecach pudlowych. Dwa takie stanęły w zakładzie michałowskim, dodatkowo wystawiono różnego rodzaju budynki pomocnicze oraz osiedle domków dla robotników. Zakład zasilany był energią wody ze spiętrzenia na Kamiennej. Całość stanowiła część tzw. „węzła starachowickiego”, na który składały się wielki piec w Starachowicach, pudlingarnie w Michałowie i Brodach oraz walcownia w Nietulisku.
W 2 połowie XIX w. zakład udoskonalano. W 1870 r. pudlingarnię nabył wraz z hutą w Starachowicach baron Antoni E. Fraenkel, właściciel dóbr ostrowieckich i huty Klimkiewiczów. Tym samym stworzył wielki kombinat przemysłowy, na który składały się zakłady starachowickie i ostrowieckie oraz walcownia Irena pod Zaklikowem. W Michałowie zainstalowano wtedy m.in. maszyny parowe, a koło wodne zastąpiono turbiną. Pod koniec XIX w. produkcję stopniowo ograniczano, a kres zakładu nastąpił wraz z katastrofalną powodzią w 1903 r.
         Do dziś w Michałowie pozostały jedynie ruiny. Może nie tak majestatyczne i malownicze jak te w Nietulisku, jak zwykle trochę zaniedbane, ale też mogą robić wrażenie. Z zabudowań fabrycznych niewiele zostało, zachował się za to wewnętrzny układ energetyczny zakładu – m. in. monumentalna śluza wpustowa, kanał roboczy, komora rozdziału wody i klatka koła wodnego. Na drugim końcu zapory, gdzie płynie dziś Kamienna znaleźć można resztki prawego przyczółka jazu ulgowego. Wciąż widoczna jest niecka dawnego zbiornika ograniczonego zaporą – potężnym nasypem ziemnym zwieńczonym na całej długości kamiennym falochronem. Jest to jedyny tego typu obiekt w Zagłębiu Staropolskim, który akurat w Michałowie powstał nieprzypadkowo. Tutejsze spiętrzenie było ogromne – 3,5 miliona metrów sześciennych wody zgromadzono na powierzchni 122 hektarów… Ogólnie rzecz biorąc – całość kapitalna. Czytelny do dziś układ przestrzenny założenia przemysłowego z czasów Królestwa Polskiego i unikalne budowle hydrotechniczne. Warto.

Pozostałości zabudowań zakładu
Śluza wpustowa
Górny kanał roboczy
Pozostałości jazu ulgowego
Niecka zbiornika i zapora ziemna
Kamienny falochron

czwartek, 5 września 2019

Ciekawy przypadek Artura Gliszczyńskiego

W przepastnych zbiorach ostrowieckiego muzeum znajduje się dokument, z którym wiąże się ciekawa hutnicza historia. Pismo wystawione w Klimkiewiczowie 25 kwietnia 1868 r. skierowane jest do Zawiadowcy Zakładów Ostrowieckich. Administrator zawiadamiał o nowym stanowisku i awansie niejakiego Gliszczyńskiego. Przytoczmy fragment: „P. Gliszczyński Assystent WW Pieców, powołanym został od 1 Maja b.r. na starszego Assystenta Zakładu Irena – wczem załączającą się nominację Zawiadowca doręczy i udanie się na miejsce nowego przeznaczenia dopilnuje”. Dalej podano, że zainteresowany otrzymuje 15 rubli na pokrycie kosztów przeprowadzki do Ireny. Była to walcownia żelaza koło Zaklikowa w Guberni Lubelskiej wybudowana podobnie jak ostrowiecka huta przez hr. Henryka Łubieńskiego w latach 30. XIX w. Przez szereg lat była to, można powiedzieć, filia Zakładów Ostrowieckich. To tam do walcowania kierowano żelazo uzyskane w ostrowieckich wielkich piecach. Szerzej o Irenie będzie kiedy indziej, dziś zajmijmy się człowiekiem.
Nazwisko Gliszczyński prawie w ogóle nie występuje w regionie. W aktach parafii Szewna (należał do niej Klimkiewiczów) pojawia się tylko raz. W tym samym, 1868 r., związek małżeński z Leonią Zdziemnicką (w innych źródłach: Zdziennicka, Zdzieniecka,) zawarł tu Artur Gliszczyński. Z całą pewnością to nasz awansowany hutnik, który jednak z jakiegoś powodu nie podjął pracy w Irenie. Rok później Artur i Leonia pojawiają się bowiem w miejscowości Machory, wtedy w powiecie opoczyńskim. Zapewne nieprzypadkowo. Machory były prężnym ośrodkiem hutniczym z całym kompleksem zakładów, wielkim piecem, pudlingarnią i okolicznymi kopalniami rudy. W 1869 r. rodzi się tu pierworodny syn Gliszczyńskich, który po ojcu otrzymał imię Artur. W akcie chrztu ojciec dziecka figuruje jako „administrator fabryk”. I to może być odpowiedź na pytanie, dlaczego nasz bohater nie podjął pracy w Irenie.  Być może skorzystał z lepszej oferty, bo zarządzanie całym zakładem było na pewno bardziej intratne niż stanowisko starszego asystenta. Z drugiej strony, urodzony w 1848 r. Artur przekroczył wtedy ledwo 20 lat... A może po prostu świeżo upieczony małżonek wraz z ciężarną żoną postanowił wrócić w rodzinne strony? W tamtych okolicach, rejon Opoczna, Piotrkowa Trybunalskiego, nazwisko Gliszczyński jest bardzo popularne. Rodzinne powiązania i znajomości mogły znacznie ułatwić objęcie dobrej posady. Ale to tylko domysły.
Małżeństwo Gliszczyńskich było chyba udane, jeśli liczyć miarą urodzonych dzieci. Płodne było na pewno. Po pierworodnym Arturze, pojawiają się kolejne pociechy urodzone w Machorach: Wanda (1871), Michał (1872), Stefan (1873) i Marianna (1875). W latach 80. Artur Gliszczyński mieszka już w Warszawie i tu rodzą się kolejne dzieci. Umiera w roku 1896 w wieku 48 lat i zostaje pochowany na Powązkach.
Ciekawą postacią był jego najstarszy syn Artur, dziennikarz, humorysta i poeta związany najpierw z Łodzią, potem z Warszawą.  Brał aktywny udział w życiu kulturalnym obu miast, publikował m.in. w „Gońcu Łódzkim” i „Kurierze Warszawskim”, był redaktorem i wydawcą szeregu pism. Ceniony przez krytyków jego zbiór wierszy „Z mroku i dymu” (1901) poświęcony jest życiu robotników fabrycznej Łodzi. Zmarł w 1910 r. i pochowany został obok ojca-hutnika na Cmentarzu Powązkowskim.

Grób Gliszczyńskich na Cmentarzu Powązkowskim
(źródło: Wikipedia)

piątek, 14 czerwca 2019

Hutnicze Częstocice

Częstocice – niegdyś samodzielna miejscowość o średniowiecznym rodowodzie, a od 1954 r. dzielnica Ostrowca Świętokrzyskiego. Miejscowość słynęła z cukrowni, założonej ok. 1839 r., jednej z pierwszych w Królestwie Polskim. Cukrownia przetrwała wszystkie dziejowe kataklizmy i kolejne reżimy, nie przetrwała za to III RP. Dziś produkcja cukru w Częstocicach jest odległym wspomnieniem, a ślady dawnej chwały to pojedyncze zachowane budynki fabryczne. Ale nie o cukrze.
Najbardziej charakterystyczną budowlą Częstocic jest otoczony parkiem XIX-wieczny pałac Wielopolskich, od kilkudziesięciu lat siedziba ostrowieckiego muzeum. Mało kto wie, że pałac i park stoją na stanowisku archeologicznym, a ludzie w tym miejscu mieszkali od tysięcy lat, co najmniej od młodszej epoki kamienia. Najciekawiej jednak było na przełomie er, w okresie rzymskim. Wtedy to na tym terenie istniała osada starożytnych hutników. Pozostały po nich liczne materialne ślady.
Do pierwszych znalezisk doszło w latach 60, kiedy to podczas prac budowlanych w parku pałacowym odkopano kloce starożytnego żużla. Do wykopalisk doszło jednak dopiero 20 lat później (1986-1987). Profesor Kazimierz Bielenin w ciągu dwu sezonów badań odkopał tu fragment osady z okresu wczesnorzymskiego (I-II w. n.e.). Poza warstwą kulturową i różnego rodzaju obiektami o przeznaczeniu gospodarczym, odsłonięto dwa piecowiska hutnicze w typie nieuporządkowanym grupujące łącznie 11 pieców. Ciekawostką może być fakt, że część z nich nie została przebadana do końca, lecz odsłonięta i zabezpieczona na potrzeby planowanej wówczas ekspozycji. W parku pałacowym miała powstać wiata-pawilon, w którym prezentowanoby  relikty pieców sprzed prawie 2 tysięcy lat. Do realizacji pomysłu z różnych przyczyn nie doszło; pocieszające jest jednak to, że po ponad 30 latach ostrowieckie muzeum powróciło do starej koncepcji. Z jakim skutkiem, czas pokaże... Badania prowadzone w ostatnich latach (2009-2017) odsłoniły kolejne części osady – mieszkalne ziemianki, jamy gospodarcze i kolejne piece hutnicze. Żużle odkrywane na stanowisku w dużej ilości wskazują na fakt, że nie tylko wytapiano tu żelaza, ale również na miejscu poddawano obróbce kowalskiej. Przyjmuje się, że to nad Kamienną odbywał się handel świętokrzyskim żelazem. Być może śladem dalekosiężnej wymiany jest znaleziony na osadzie w Częstocicach szklany paciorek pochodzący z terenów Bliskiego Wschodu. Tak było w starożytności, a co w epokach nam bliższych?
Wieś Częstocice pojawia się w źródłach w II poł. XIV w. Począwszy od XVI-XVII w. w miejscu obecnego zespołu pałacowo-parkowego znajdował się dwór z folwarkiem, który z czasem stał się centrum administracyjnym dóbr ostrowieckich. Bywali tu ich właściciele, podejmowali ważne decyzje, wystawiali dokumenty. W tym czasie w dobrach ostrowieckich nad Kamienną działały kuźnice żelaza. Rudę do kuźnic kopano w okolicznych kopalniach i magazynowano w budynkach dworu częstocickiego. I tak w 1724 r. „zwiezionej wszystkiej rudy do dworu” było 439 wozów. W trakcie badań archeologicznych w parku pałacowym odkryto liczne pozostałości zabudowań gospodarczych dawnego folwarku. Być może niektóre z tych odkrytych służyły za składy rudy.
W 1808 r. dobra ostrowieckie nabył Jerzy Dobrzański. Nowy właściciel od samego początku planował wybudowanie hutniczego wielkiego pieca właśnie w Częstocicach, ostatecznie inwestycję zrealizował kilka lat później w Kuźni. W latach 80. XIX wieku wzniesiono istniejący do dziś pałac; zamieszkali w nim Zygmunt i Maria Wielopolscy. W okresie międzywojennym nastąpił koniec dóbr ostrowieckich. W 1931 r. Maria Wielopolska sprzedała pałac z parkiem Spółce Akcyjnej Wielkich Pieców i Zakładów Ostrowieckich. Urządzono tam resursę dla kadry technicznej huty i hotel dla akcjonariuszy. Po wojnie, w 1963 r. huta przekazała teren i budynek miastu z przeznaczeniem na muzeum. I tak też się stało, a historia, rozpoczęta w starożytności, domknęła się.

Zabytkowy zespół pałacowo - parkowy w Częstocicach.
Kloce starożytnego żużla hutniczego.
Pozostałości jednego z pieców dymarskich.
Zachowana ściana folwarcznej ziemianki.
Mur fundamentowy folwarcznego budynku gospodarczego.
Pałac Wielopolskich - Muzeum Historyczno-Archeologiczne
w Ostrowcu Świętokrzyskim.