czwartek, 9 listopada 2017

Stanisław Podgajny

Pamięci ostrowieckich górników.
Stanisław Podgajny. W młodości pracował w kopalniach rudy żelaza w podostrowieckich Jędrzejowicach (lub Mychowie). Co prawda nie jako górnik dołowy, lecz na powierzchni. Według Jego własnej relacji pracował jako „krzesacz”, a więc czyścił wydobytą rudę z oblepów gliny. Jego dzienny urobek wynosił ok. 300 kg czystej rudy, która mieściła się na dwóch taczkach. Za każdą taczkę oczyszczonej rudy otrzymywał 5 kopiejek. Na wóz ładowano 6 taczek. Poniższe zdjęcie wykonał we wrześniu 1967 r. W. Kotasiak.

Stanisław Podgajny z Jędrzejowic
(fot. z archiwum MHA w Ostrowcu Św.)

piątek, 3 listopada 2017

Mielerze w Krzemionkach

Nie tak dawno branżowe media donosiły o odkryciu z zastosowaniem metody ALS (lotniczego skaningu laserowego) setek zabytkowych mielerzy na pograniczu województw świętokrzyskiego i mazowieckiego: LINK
Metoda sama w sobie jest niezwykle ciekawa i otwiera nowe możliwości dla poszukiwań archeologicznych. Na czym polega? Definicja z powyższego artykułu: „ALS, czyli lotnicze skanowanie laserowe to technika wykorzystująca urządzenia typu LiDAR (ang. Light Detection and Ranging). Polega na emisji w stronę powierzchni ziemi impulsów laserowych z nadajnika umieszczonego w samolocie, które następnie po napotkaniu przeszkód terenowych wracają do odbiornika. W efekcie uzyskuje się zbiór punktów przestrzennych, będących bardzo dokładną rejestracją powierzchni terenu.
Skanowanie „wyłapuje” więc nawet nieznaczne deniwelacje terenu. Czyli coś, co gołym okiem, dajmy na to w lesie nie jesteśmy w stanie dostrzec. Na przykład pozostałości mielerza, czyli stosu drewna ułożonego w kształcie kopuły i przykrytego ziemią, gliną lub darnią, w którym produkowano węgiel drzewny. Powstawał w wyniku suchej destylacji drewna prowadzonej przy ograniczonym dostępie powietrza. Dlaczego nas to interesuje? Ano, produkowany w mielerzach węgiel drzewny znajdował zastosowanie głównie w hutnictwie żelaza. Przez stulecia był wyłącznym paliwem dla starożytnych dymarek, staropolskich kuźnic oraz pierwszych wielkich pieców, a co za tym idzie fryszerek i pudlingarni. Przy czym jego budowa zasadniczo się nie zmieniała przez stulecia. Musiała być średzina, czyli pionowy słup wokół którego układano pocięte kawałki drewna w formie stosu o średnicy kilku metrów. To przykrywano szczelną warstwą izolacyjną z ziemi czy gliny, tzw. oponą. Przez specjalny otwór zapalano stos, który tlił się przez kilka dni. Następnie zatykano przygotowane wcześniej otwory wentylacyjne i czekano aż ogień wygaśnie i zwęgli resztki drewna.

Budowa mielerzy wg Duhamela du Monceau (1769)
M. Radwan oblicza, że XVI-wieczna kuźnica produkująca rocznie 12-15 ton żelaza zużywała 150 ton węgla drzewnego, na zwęglenie którego trzeba było wyrąbać 2,5 ha lasu szpilkowego. Wyliczenia dla zakładu wielkopiecowego z XIX w. są, co zrozumiałe, jeszcze wyższe – aby wytopić tonę surówki i w dalszej kolejności przerobić ją na żelazo użytkowe zużywano naturalny przyrost z ok. 10 ha lasu! Leśna masakra piłą i siekierą… Począwszy od XVIII w. w hutnictwie zaczęto stosować koks, przy czym na naszych ziemiach na szerszą skalę dopiero w II poł. XIX w.
Pozostałości dawnych mielerzy występują i w podostrowieckich lasach, co szczególnie dziwić nie powinno. Tylko w lasach w rejonie Krzemionek namierzono ich ponad 200. Jako że tereny te wchodziły w skład dóbr bodzechowskich, tutejsze mielerze pracowały najpewniej na potrzeby wielkiego pieca huty Bodzechów, wzniesionej w 1836 r. Już w początkowym okresie istnienia zapotrzebowanie zakładu na węgiel drzewny wymagało rocznego wyrębu 8 tysięcy sągów drzewa. Dopiero pod koniec XIX w. miały miejsce pierwsze próby opalania koksem.
W 2015 r. jeden z miejscowych mielerzy został przebadany przez warszawsko-krzemionkowską ekspedycję archeologiczną. Poniżej krótka fotorelacja:


 



sobota, 28 października 2017

Wielki piec inżyniera Cichowskiego

Po dłuższej, ponad rocznej przerwie powracamy w klimaty górniczo-hutnicze i od razu zaczynamy z wysokiego C, bo tematem będzie WIELKI PIEC. Konkretnie z huty Klimkiewiczów. W 1886 r. prasa donosiła:
Wielki piec. Największy w Królestwie wielki piec, postawiony umyślnie na potrzeby stalowni, zostaje w tych dniach puszczony w ruch w Klimkiewiczowie, gdzie ma być następnie przez firmę Rau i Lilpop urządzona fabryka szyn stalowych.
Co uruchomiło nowe inwestycje w hucie Klimkiewiczów? Borykające się z różnorakimi problemami zakłady w 1885 r. przeszły w ręce nowo utworzonego Towarzystwa Akcyjnego Wielkich Pieców i Zakładów Ostrowieckich. Zarząd Towarzystwa natychmiast przystąpił do wdrażania programu inwestycyjnego. Dwa dotychczasowe wielkie piece, wybudowane jeszcze w 1839 r. przez inż. Klimkiewicza zostały zburzone, a w ich miejsce powstał jeden, nowoczesny, opalany koksem. Drugi tego typu w Królestwie Polskim, a pierwszy we wschodnim okręgu górniczym. Opłaciło się. O ile w 1877 r. produkcja surówki wyniosła 2824 tony, tak 6 lat później spadła do 935. Uruchomienie nowego pieca pozwoliło zwiększyć produkcję do ponad 10 tysięcy ton, a kiedy w 1894 r. wybudowany został wielki piec nr 2 o rocznej zdolności produkcyjnej wynoszącej ponad 8 tysięcy ton, zakłady ostrowieckie produkowały rocznie grubo ponad 20 tysięcy ton surówki, osiągając dochód blisko 4 milionów rubli (1896). Wracając do pierwszych inwestycji. Panowie fabrykanci mieli nosa, bo w odpowiednim czasie zatrudnili właściwego człowieka. Gazeta Radomska pisała:
Akcjonariusze znaleźli zdolnego, energicznego i w całym znaczeniu tego słowa specjalistę w osobie inżyniera, p. Henryka Cichowskiego, który sam wykonał plany przebudowy zakładu, sam kierował robotami, sam w ruch puścił fabryki i dziś został głównym zarządzającym.
Henryk Cichowski (1851-1910) faktycznie był wybitnym konstruktorem. Ukończył Ecole Centrale w Paryżu, gdzie uzyskał dyplom inżyniera. Praktykował m.in. w Londynie. Rzeczywiście, to on zaprojektował nowy wielki piec dla Klimkiewiczowa, kierował rozbudową zakładów i do 1888 r. w nich dyrektorował. Zrezygnował z pracy nie zgadzając się z decyzją akcjonariuszy odmawiających przeznaczenia dywidendy na modernizację zakładów. Z jego osobą wiąże się pewna ciekawostka. Okazuje się, że Ostrowiec „buchnął” go sąsiednim zakładom starachowickim. Gwoli ścisłości – sam stamtąd odszedł w dość dziwnych okolicznościach, o czym wspomina ta sama Gazeta Radomska:
…lat temu parę tenże sam p. C(ichowski), zająwszy stanowisko głównego inżyniera w dobrach sąsiadujących Starachowice, zmuszony był je opuścić, nie mogąc przyzwyczaić się do naginania karku i słuchania najoryginalniejszych i najdziwaczniejszych poleceń, wydawanych przez ex-oficerów pruskich.
Ciekawe... Tylko o co chodzi? Starachowice powinny czuć się wywołane do odpowiedzi.

Wielki piec zakładów ostrowieckich (stan po 1885 r.). Być może jednym z dżentelmenów
w kapeluszach widocznych na pierwszym planie jest inż. Henryk Cichowski

środa, 8 czerwca 2016

Huta Franciszka

Dziś Słowacja. Ok, spory kawałek od Kamiennej, ale po pierwsze podróże zagraniczne były już tu kiedyś anonsowane, po drugie proponowany dziś rarytas naprawdę warto zobaczyć. A więc miejscowość Podbiel na słowackiej Orawie, czyli tuż za polską granicą. Cóż tam jest? Pozostałości zakładu wielkopiecowego znanego jako Huta Franciszka.
Zakład pochodzi z XIX w., choć początki górnictwa i hutnictwa żelaza w tej okolicy sięgają wieku XVII. Sąd górniczy wydał zezwolenie na postawienie huty w 1819 r. ale ostatecznie zakład wybudowano dopiero w latach 1836-1838 i nazwano Hutą Franciszka (Františkowa Huta). Dostawcami rudy żelaza były miejscowe kopalnie. Huta długo nie przetrwała. Produkowane żelazo, ponoć słabej jakości, nie cieszyło się powodzeniem. Zakład nie przynosił zysków i w zasadzie od początku istnienia miał kłopoty finansowe. Złej jakości rudy, przestarzały sprzęt, wreszcie zniesienie pańszczyzny i kryzys gospodarczy z lat 50. XIX w. spowodowały, że huta ostatecznie upadła w 1862 r. Przez lata zabudowania popadały w ruinę, jednak dzięki staraniom miejscowych działaczy i entuzjastów ten rewelacyjny zabytek techniki  udało się uratować. Do dziś zachował się trzon wielkiego pieca, pozostałości głównej hali produkcyjnej o eleganckiej, klasycznej fasadzie oraz magazynu rudy i kanałów wodnych.

 

 

 
                     
 

 

piątek, 8 kwietnia 2016

Żużlowa miedza z Chmielowa.

Starożytna ciekawostka z podostrowieckiego Chmielowa. Jakiś czas temu mieszkaniec miejscowości, Pan Henryk Jędrzejewski wykopał na swoim polu kloc starożytnego żużla. Niby nic, ot, kolejny ślad starożytnego wytopu jakich mnóstwo trafia się na świętokrzyskich polach. Badania archeologiczne przeprowadzone wkrótce w miejscu odkrycia odsłoniły pozostałości całego piecowiska z ok. II w. n.e. Piecowisko to warsztat produkcyjny liczący od kilku do kilkuset pojedynczych pieców do wytopu żelaza. To konkretne składało się z pozostałości 55 pieców i było w typie tzw. uporządkowanym. Oznacza to, że warsztat posiadał zorganizowaną przestrzeń produkcyjną – piece układały się w regularne szeregi i rzędy. Ten typ piecowiska jest charakterystyczny dla starożytnego hutnictwa świętokrzyskiego, tyle tylko, że nad samą Kamienną występuje rzadko. Poza Chmielowem piecowisko tego typu odkryto jeszcze w Starachowicach. W strefie doliny Kamiennej dominowały raczej piecowiska nieuporządkowane – małe warsztaty zakładane przy osadach i produkujące żelazo na potrzeby lokalnej społeczności. Ale nie o tym miało być… Dla zainteresowanych – artykuł o badaniach chmielowskiego piecowiska do pobrania/przeczytania tutaj: LINK
W odległości ok. 20 m od badanego piecowiska znajdowała się skarpa, rodzaj wysokiej miedzy oddzielającej dwa pola. A w niej tkwiące kolejne kloce żużla. Następne piecowisko? Otóż nie. Po rozkopaniu skarpy okazało się, że owszem, są tam kloce starożytnego żużla i to w liczbie aż 17 sztuk, ale nie jest to piecowisko. Kloce ułożone były równiutko w jednym rzędzie, mało tego, wszystkie złożone na boku lub odwrócone o 180 stopni. A więc ktoś kiedyś je tam przyniósł i równo ułożył. Kto i po co? Zapewne dawni rolnicy, może nawet przodkowie Pana Jędrzejewskiego. 100, 200 czy 300 lat temu podczas orki pług co rusz wyciągał wielkie bryły żużla. Te przenoszono na miedzę i układano w rzędzie, tak jak na granicach pól układa się kamienie utrudniające uprawę. Układano je „do góry nogami” – tak było łatwiej, jako że górna powierzchnia kloca żużlowego z reguły jest płaska. Kloce pochodziły zapewne z sąsiedniego piecowiska. Podczas badań stwierdzono, że wśród 55 odkrytych reliktów pieców, w kilkunastu przypadkach nie zachowała się bryła żużla będąca pozostałością po starożytnym wytopie, a jedynie sam ziemny zarys pieca. Zguba się znalazła. Długą linię ułożonego przez rolników żużla z czasem przykryła ziemia i odtąd sąsiadujące pola oddzieliła nienaturalnie wysoka granica. Idę o zakład, że jeszcze niejedna miedza na świętokrzyskich polach jest solidniejsza niż się wydaje. Poniżej rzeczone miejsce odsłaniające swoją tajemnicę:





czwartek, 31 grudnia 2015

Przedświt. Mazowieckie Centrum Metalurgiczne

Stary rok zakończymy wypadem na zachodnie Mazowsze. A konkretnie na starożytne Mazowsze. To tu, na Równinie Łowicko-Błońskiej, w okresie od II w. p.n.e do IV w. n.e. funkcjonował drugi co wielkości ośrodek produkcji żelaza „barbarzyńskiej” Europy.
Mazowieckie Centrum Metalurgiczne to fenomen porównywalny z największym „barbarzyńskim” zagłębiem hutniczym w Górach Świętokrzyskim, ale i znacznie się od niego różniącym. Hutnictwo mazowieckie rozwijało się w obrębie wielkich osad, które specjalizowały się w tego typu działalności. Towarzyszące osadom pola „dymarkowe” były ogromne, a liczba przeprowadzonych na nich wytopów liczona jest w tysiącach. Dla przykładu, liczbę pieców na osadzie w Milanówku-Falęcinie szacuje się na ok. 15 tysięcy! Na całym obszarze Mazowieckiego Centrum Metalurgicznego mogło ich funkcjonować nawet 150 tysięcy. Piece, podobnie jak w Górach Świętokrzyskich i innych starożytnych ośrodkach hutniczych, były piecami jednorazowego użytku i składały się z dwóch zasadniczych części – naziemnej, czyli glinianego szybu oraz zagłębionej w ziemię jamy, tzw. kotlinki, służącej do magazynowania żużla. Tenże żużel jest dziś z reguły jedynym i najważniejszym materialnym śladem starożytnego wytopu. Ale też na Mazowszu w obrębie osad odkrywane są ślady pozostałych faz procesu metalurgicznego – kopalnie rudy i gliny, prażaki, piece wapiennicze, pracownie kowalskie i paleniska.
Badaniami i ochroną dziedzictwa dawnych hutników zajmuje się Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego im. Stefana Woydy w Pruszkowie, które uruchomiło znakomitą wystawę pt. „PRZEDŚWIT – Mazowieckie Centrum Metalurgiczne z przełomu er”.

Poniżej galeria. Do siego roku!





środa, 23 grudnia 2015

Badania geofizyczne

Jakiś czas temu pojawiła się idea, aby przy okazji zainteresowań lokalnym górnictwem rudnym wykorzystać nowoczesne metody badawcze. Chodzi o badania geofizyczne, a konkretnie dwie metody - magnetyczną i elektrooporową. Pierwsza z nich opiera się na pomiarach naturalnego pola magnetycznego Ziemi i wykrywaniu w nim anomalii wywołanych działalnością człowieka (wszelkie wkopy, paleniska, pozostałości architektury, etc.). Metoda elektrooporowa polega na pomiarze zmian oporności pozornej gruntu. Zaburzenia w naturalnych warstwach geologicznych wykrywane są na podstawie ich kontrastu z otoczeniem. To tak w skrócie.
Wybór padł na grupę obiektów będących prawdopodobnie pozostałością XIX-wiecznej kopalni „Seweryn” w Goździelinie. Nieprzypadkowo. Hałdy górnicze (warpie) dawnych kopalń posiadają z reguły po środku ślad po dawnym szybie w postaci charakterystycznego zapadliska. Lecz nie te z Goździelina. Na hałdach urobku, wskazujących miejsca dawnych robót górniczych brak śladów po szybach. A być kiedyś musiały, jak w każdych kopalniach głębinowych. Tyle że powierzchnia tych hałd od wielu lat użytkowana jest rolniczo. Lata orki zrobiły swoje, zniwelowały powierzchnię terenu i miejsca dawnych szybów kopalni. W jednym przypadku znikła nawet cała warpia, choć tu użyto już ciężkiego sprzętu…

Obszar badań - pozostałości kopalni "Seweryn" w Goździelinie.
Okazja do przeprowadzenia pomiarów pojawiła się za sprawą przyjaciół z Krakowa (Mex&Zdziombel!) specjalizujących się w tego typu akcjach badawczych. Jedna uwaga – nie były to „rasowe”, pełnowymiarowe badania, a raczej eksperyment. Próba uzyskania odpowiedzi na pytanie, czy metoda sprawdzi się w tego typu poszukiwaniach. Sprawdziła się. Na wizualizacji wyników pomiarów (poniżej) przeprowadzonych na jednej z hałd widoczna jest wyraźna anomalia. To bezsprzecznie ślad po dawnym, niewidocznym już w terenie szybie.